"Ciotunia"
"Ciotunia" Ad Spectatores

Powiedzieć, że „Ciotunia…” porusza głębokie egzystencjalne tematy byłoby zapewne za dużo, jednak oferowany humor jest z wysokiej półki, a wyrafinowane operowanie słowem i dewastowanie filmowych klisz gatunkowych bardzo przysłużyło się spektaklowi.

REKLAMA
Próbowaliśmy obliczyć, czy zdążymy potem na zakupy do pobliskiego sklepu, którego nijak nie mamy koło domu. Skoro każdy miał mieć kwadrans na przekonanie ciotuni, że to on(a) ma odziedziczyć, to przy czwórce aktorów (minus ciotunia) dawało co najmniej 45 minut. Zaraz na początku okazało się, że jeden z aktorów nie będzie brał udziału w castingu, więc wydało mi się (z Elą nie rozmawiałem, bo trwała już sztuka), że któraś z aktorek może wcielać się w role wielokrotnie. Wiem, wiem, było to małe z mojej strony, bo trzeba ufać, a nade wszystko przedkładać kulturę wysoką nad konsumpcję niską. Zresztą niczyje ego w Ad Spectatores nigdy nawet jedną wypustką nie przypominało tego, które skłania pewnego reżysera teatralnego, nazwijmy go Krystianem, do zadawania widzom (ang. spectatorsom) wielogodzinnych mąk. Maciej Masztalski takich przedłużek nie potrzebuje, pomyślałem, ponadto zaś, uspokoiłem się jeszcze bardziej, to nie on reżyseruje, a jakaś kobieta, sądząc z nazwiska, skromna. Nie przedłużając już tych zwierzeń, wiem, wiem, małych i źle świadczących, dopowiem jedynie, że nie tylko udało się przed zamknięciem, lecz trafiliśmy na wyjątkowe okazje. Mogliśmy nazajutrz epatować nasze ukochane adopcyjne babcie truskawkami w dużej ilości, w marcu, w pozimowym ogródku. Podsumowując, wieczór był podwójnie udany: najpierw przezabawny spektakl, później zaś przeudane zakupy, które zawdzięczamy zaproszeniu na premierę i jej idealnemu timingowi.
Sam spektakl nie dał się przyćmić tanim truskawkom. Już pierwsza scena zapowiadała ekscentryczne klimaty i teatralne fałszowanie rzeczywistości. Łoże i jego wyposażenie wykraczające poza szpitalny standard do końca pozostało centrum akcji, w którym lub wokół którego gra szła o duże pieniądze, o miłosne spełnienie, ostatecznie o życie. Zaczęło się zgodnie z opisem na stronie internetowej teatru i wydawało się, że będziemy mieli do czynienia z kilkoma kwadransami popisów zstępnych, z poprawką na teatralną względność czasu. Jednak autorka scenariusza potrafiła zaskoczyć i zaoferować punkty zwrotne, o których nie miejsce tu pisać, by nie popsuć przyjemności niczego się nie spodziewającym gapiom. Dość powiedzieć, że prawdziwe intencje bohaterów odkrywały się stopniowo, igrając z niecierpliwymi i drażniąc przenikliwych. To tak jakby fabuła robiła striptiz i gdy już, już wydawało się, że poprzestanie, jeszcze odrzucała kolejną część garderoby. Tak do końca nawet nie wiadomo, czy rozebrała się do końca. Jednak jej nieprzewidywalność kolejnych odsłon to wielka zaleta komedii Anety Wróbel.
Tekst skrzył się oryginalnym dowcipem, a niektóre wątki zostały bardzo ładnie pociągnięte: piercing (haczyki na klucze na brwiach), tatuaże (ciało wytatuowane w Karkonosze z uwagi na „sentyment do tego regionu”), filozofia sprzętów domowych (co to znaczy być jak odkurzacz? a jak wentylator?). Autorka eksploatowała zresztą nie tylko współczesne wątki kulturowe i związaną z nimi grę znaczeń („kultura gotycka”), lecz także teatralną konwencję: absurdalna komedia chwilami przechodziła w farsę, a melodramatyczne moralizowanie okazywało się wierzchnią warstwą nierozwiązanych problemów osobistych.
Spektakl stworzyły cztery wyraziste postaci. Tytułową ciotunię zagrał Łukasz Chojęta, ekscentryczny i przewrotny, oscylujący między wstrzemięźliwością oszczędzanej końcówki życia i wybujałością degrengolady staruszki po przejściach. Ze stroju czyniącego zeń gigantyczne ptaszysko „trans” w chwilach, gdy nie udawał nieprzytomnej, wydobywał nedekspresyjne ruchy. Pozornie banalne „mądrości” w rodzaju: „W życiu nie wszystko jest widoczne od razu” czy „Nie jest katem ten, kto dręczy masochistę” już po chwili okazywały się wieloznaczne i przewrotne. Warto zobaczyć całość choćby po to, by doświadczyć nieodpartej wesołości na słowa: „Oni tu reanimują, kogo popadnie. Nie wiadomo, czy on jest zdrowy”.
Partnerem, w pewnym sensie niedoszłym, Ciotuni Krystyny był Pielęgniarz – Bartosz. W tej roli poważny i jedynie sytuacyjnie zabawny Marcin Chabowski sprawdził się znakomicie. Jak na posiadacza różnych ludzkich drobnych zalet i jeszcze większych wad, przystało, do końca potrafił się znaleźć w każdej sytuacji, chwilami zachowując nawet elementy godności i solidną dawkę umiaru.
Aspirujące do fortuny Ciotuni damy różniły się fizycznością i serdecznością. Wyrachowana, pożądająca, obmawiająca i bezlitosna „biała” siostra – Karolina (Aleksandra Dytko) wygłaszała długi monolog, a przywołanie tracącej przytomność milionerki do przytomności klapsem w policzek, podobnie jak desperacka prośba o kapelusze należały do najzabawniejszych, choć slapstickowych momentów przedstawienia.
Bezpośrednia, rozhamowana, mało taktowna i niepozorna „czarna” siostra – Irena dosyć kontrastowo wypadła w zestawieniu z licznymi zapowiedziami niechętnego jaj rodzeństwa. Podobnie jak pozostałych troje aktorów Martyna Witowska stworzyła bardzo wyrazistą postać, w czym pomógł strój i charakteryzacja.
Powiedzieć, że Ciotunia… porusza głębokie egzystencjalne tematy byłoby zapewne za dużo, jednak oferowany humor jest z wysokiej półki, a wyrafinowane operowanie słowem i dewastowanie filmowych klisz gatunkowych (melodramat? kryminał?) bardzo przysłużyło się spektaklowi.
Eli przedstawienie też się bardzo podobało. Wprawdzie, jak stwierdziła po, brakowało jej trochę tego szaleństwa, które sprawia, że z przypadkowego fragmentu brukowca, ba, archaicznej książki telefonicznej, aktorzy Ad Spectatores wydobywają fascynujące znaczenia i tworzą wielkie dzieło, jednak pozwoliłem sobie odpowiedzieć na ten czepialski zarzut, że tutaj nie było takiej konieczności, bo tekst był naprawdę dobry. Wyobraziłem sobie nawet, że na większej scenie i z gorszymi aktorami też by się obronił.
Trochę może w tej relacji nakłamałem, ale tylko jeśli chodzi o fabułę. Wszystko to dla dobra widza. Całe ewentualne moralne brzemię biorę na siebie. Prawda sama się wyzwoli, rozczarowania zapomną, traumy zaleczą.
A, i jeszcze jedno. Jeśli czytaliście uważnie i zastanawiacie się, o co chodzi z tymi adopcyjnymi babciami, to muszę wyznać, że nie utrzymujemy z nimi żywych i bliskich kontaktów dla ewentualnego spadku. Robimy to wyłącznie z miłości.

Ciotunia czyli casting na spadkobiercę. Tekst i reżyseria: Aneta Wróbel. Scenografia i kostiumy: Dąbrówka Huk.
Grupa Artystyczna Ad Spectatores. Scena w Browarze Mieszczańskim we Wrocławiu.
Prapremiera: 20 marca 2015.