
Rano zastanawialiśmy się z Elą, czy – a właściwie wyobrażaliśmy sobie przewrotnie, że – tym razem zapanuje zupełna ciemność, już od samego wejścia, a niektórzy widzowie, pozostawieni sami sobie spędzą czas w przekonaniu, że są na spektaklu, podczas gdy tak naprawdę odgłosy wokół pochodzić będą od innych zabłąkanych widzów. Pani Tatiana z latarką przemknie tam i sam, tu przywita kogoś, tam zapewni, lecz nie będzie zbyt nachalnie ingerować w bieg zdarzeń. Tymczasem rzeczywistość przerosła nasze fantazje i ciemności, owszem, było sporo, lecz widownia została usadzona bezpiecznie, a całkowitej, słuchowiskowej mroczni w zasadzie nie było. Półmrok, w którym fosforyzujące twarze aktorów, cienie ich sylwetek i kontury rekwizytów, dawały się odróżnić i obserwować, dawał komfort widowiska, przy jednoczesnej świadomości, że właściwa dla tryptyku formuła została zachowana. Pomysł ze świecącymi w ciemności farbkami (czy też może również naklejonymi paskami?), jak się okazało, zaczerpnął reżyser z treści sztuki.
– Fosfor.
– Po co?
– Żeby się świecić.
– Zawsze byłeś gwiazdą. To cie zgubi” – brzmiała wymiana.
– A to jest pytanie z życia czy ze sztuki? – odpowiedziała Iza (Dorota Kwietniewska)
– Z życia aktorów, którzy rozmawiają o grze jako postaci w sztuce, czy z życia aktorów, którzy prywatnie są małżeństwem – chciałoby się dopytać.
Wyspy Galapagos. Król Dawid. Reżyseria i aranżacja przestrzeni: Andrzej Ficowski. Muzyka: Jacek Modliński. Wrocławski Teatr Współczesny, Mała Scena.
Spektakl: 13 grudnia 2015.
