
Najbardziej rozpoznawalna postać włoskiego rządu to minister ds. integracji Cecila Kyenge. Włoszka urodzona w Kongo stała się obiektem bezpardonowych, rasistowskich ataków. W Rzymie dziennikarze pytali mnie czy w Polsce byłoby to możliwe. Jeszcze nie, ale musimy być aktywni i przypominać tym, których nie zaatakował jeszcze wirus nietolerancji i nienawiści, że na początku ubiegłego wieku byliśmy jednym z najbardziej tolerancyjnych i szanujących odmienność narodów w Europie, a nawet na świecie.
REKLAMA
Minister Kyenge stała się najbardziej rozpoznawalną twarzą włoskiego rządu w ciągu zaledwie paru tygodni od powołania. Kenijka z pochodzenia, lekarka z wykształcenia, samorządowiec z serca, po objęciu stanowiska stała się obiektem obrzydliwych, rasistowskich, ksenofobicznych i seksistowskich ataków. Podczas publicznych wystąpień rzucano w nią bananami, a jej koledzy politycy od niechcenia rzucali porównania do goryla, sugerowali wprowadzanie plemiennych obyczajów we Włoszech, albo że powinna być zgwałcona, bo dopiero wtedy poczułaby co to znaczy być ofiarą. W proteście przeciw rasizmowi na szczytach władzy w Europie do Rzymu zjechali się ministrowie ds. równego traktowania z całej Europy, w tym z Polski, aby dać wyraz poparcia, solidarności z minister Kyenge i gremialnie zaprotestować przeciw rasizmowi w ogóle.
Czy Włochy się radykalizują? Czy mają problem z rasizmem? – pytali dziennikarze na konferencji prasowej. – Czy coś podobnego mogłoby się zdarzyć w Polsce? – pytali mnie koledzy ministrowie z innych krajów UE.
Na razie nie – odpowiadałam. Ale jestem przekonana, że powinniśmy być czujni i aktywni w głoszeniu tolerancji i szacunku dla drugiego człowieka (jak to dobrze, że mamy Papieża Franciszka), bo kolejne „religie”, które powstają w Polsce na podglebiu nienawiści, nietolerancji i odwetu dokonują nieodwracalnych podziałów i przyzwalają na głoszenie różnych kłamstw. Niestety to wyznaczanie definicji dobra i zła, które z nauką Chrystusa mają niewiele wspólnego dzieje się często pod patronatem niektórych duchownych.
Mnie co jakiś czas obrażają członkowie klubu Gazety Polskiej, którzy przychodzą na ważne dla Polski rocznice i obchody z transparentami „Zdrajcy narodu – Tusk, Komorowski”. Zakłócają pamięć pomordowanych, polskich bohaterów, żołnierzy, bo są przekonani, że Polska nadal jest pod okupacją, zniewolona. Buczą na wojewodę, kiedy dziękuje walczącym za wolną Polskę (jaką? Wolną? Żarty!), na ministrów, na konsulów, na wszystkich, którzy nie są do nich podobni. Polska dla Polaków, wyłącznie białych, heteroseksualnych, zdrowych, wyznających jedną religię i jedną prawdę o tragedii w Smoleńsku. Tę Macierewicza.
Żal mi tych ludzi. Ja jestem dumna z Polski. Znam całe mnóstwo osób które myślą tak samo. Kochają swój kraj, mogą z niego wyjeżdżać, ale wracają, tu jest ich dom, tu pracują, zakładają swoje rodziny i płacą podatki, czują się odpowiedzialni za siebie i lokalną społeczność. Sporo jeżdżę po Polsce i niesamowite jest to, jak ludzie lubią swoje miasta, gminy, regiony. Zdecydowani wójtowie, rzutkie prezeski lokalnych NGOsów, bohaterowie Polski gminnej. Są naprawdę zaangażowani w swoją pracę i życie społeczne. Trudno nie mieć skojarzeń z dawną Polską – Rzeczpospolitą wielu narodów i religii, w których 30% populacji stanowiły mniejszości. Byliśmy kiedyś symbolem otwartości i tolerancji. Drugim krajem na świecie, który miał Konstytucję. Trzecim (na świecie), który wprowadził prawa wyborcze dla kobiet – w 1918 roku - przed nami była tylko Nowa Zelandia i Finlandia. Polska jako jedna z pierwszych przestała zamykać w więzieniach homoseksualistów – już w 1932 roku. Zbudowaliśmy ojczyznę opartą nie na wykluczeniu, ale na zaufaniu, miłości bliźniego, tolerancji, otwartości. Polska przestrzenna duchowo i ekonomicznie – piękna tradycja. Powinniśmy ją uszanować i kultywować.
Demokracja i wolność to zdobycze nie do przecenienia. Okupione krwią poległych. Pewnie widząc nastroszonych panów z transparentem o zdradzie i niewoli, buczących na cmentarzach i w miejscach pamięci, nasi bohaterowie przewracają się w grobie. A jak się czują żyjący wciąż kombatanci, często już wiekowi, słabego zdrowia, którzy z najwyższym wysiłkiem i estymą przychodzą w rocznice pod pomniki? Jak bardzo trzeba nie lubić swojego kraju, żeby widzieć w nim samo zło, kiedy inni nas podziwiają?
