
Josef Leimberg. Nie widząc nic poza imieniem i nazwiskiem od razu pomyślałem, że muzyk jest nowojorczykiem, którego pradziadowie czcili Jahwe i pochodzili z małej wsi na końcu Europy, a rodzice nadali mu słusznie biblijne imię jednego ze swoich zacnych przodków, który podjął odważną decyzję o podróży do ziemi obiecanej. Sądzenie po pozorach jest naszym pierwszym, bezwarunkowym odruchem. A tu się za chwilę okazuje, że ten czarnoskóry producent muzyczny pochodzi z Los Angeles i ma na swoim koncie współpracę z takimi gwiazdami jak Kendrick Lamar, Snoop Dogg czy Terrace Martin. Ale on na pewno nie jest POPulistą, w przeciwnym razie w ogóle bym się tu nad nim nie rozwodził…
Dojrzałość Leimberga, oprócz tej biologicznej, polega na tym, że sprawnie łączy ambitną muzykę improwizowaną, w sporym wymiarze jazzową psychodelię, z dźwiękami zdecydowanie przyjemniejszymi dla mas. I choć repertuar jest dosyć zróżnicowany, to dzięki charakterystycznym strukturom i brzmieniom robi to efektywnie i, co najważniejsze, nie na siłę, czyli wiarygodnie.
Leimberg, podobnie jak Erik Truffaz, jest obecnie jednym z ciekawszych trębaczy, zwłaszcza w wymiarze łączenia muzycznych światów jazzu i mainstreamu. Czyli idealnie wpisuje się w ideę fusion i world music, której podwaliny tworzyli Miles Davis i Herbie Hancock.
