
Z autami retro jest problem. Z jednej strony każdy lubi wracać do dobrych wspomnień sprzed lat (MINI), z drugiej - łatwo przesadzić i otrzeć się o śmieszność (Chrysler PT Cruiser). Współczesnego Garbusa zawsze widziałem gdzieś pomiędzy.
REKLAMA
New Beetle nie stał się hitem na miarę nowego Coopera. Był raczej maskotką - sympatycznym autkiem na zakupy, któremu panie przyklejały do reflektorów plastikowe „rzęsy”. Druga generacja nowego Garbusa spoważniała. Jest niższy i szerszy, nabrał dynamiki, a wąskie okna kojarzą mi się z hot rodami. Zwłaszcza w wersji R-Line z 220-konnym TSI Beetle wydaje się mieć poważne, sportowe aspiracje. Czym tak naprawdę jest? Reinkarnacją auta dla ludu, modnym dodatkiem czy zwyczajnym Volkswagenem, tyle że w fantazyjnym opakowaniu?
W poszukiwaniu odpowiedzi zabrałem go na ziemie przodków. Gdy powstawał pierwszy Garbus, Mazury leżały w Prusach Wschodnich. To tutaj naziści zaczęli budować fortyfikacje i infrastrukturę, która zapiera dech nawet 70 lat po wojnie. Czy może być lepsze miejsce na konfrontację przeszłości z teraźniejszością?
Zaczynam od sportu. Pierwszy przystanek: okolice Giżycka i odcinek specjalny Paprotki z Rajdu Polski 2015. Na papierze Beetle jest mocarzem. 220 koni to więcej niż w poprzedniej generacji Civica Type R. Jest szybki, ale mam wrażenie, że jego potencjał tłumi trochę skrzynia DSG. Choć trudno jej cokolwiek zarzucić, to manual chyba bardziej by tu pasował. Beetle jest twardy, ale nie demoluje kręgosłupa i nie wytrząsa plomb - nawet na bocznych mazurskich drogach, które często najrówniejsze nie są. Prowadzi się bardzo przyzwoicie, ale nie spodziewajcie się po nim Golfa GTI. Plus za normalny ręczny i brzmienie silnika. Choć to rzędowa czwórka, przypomina boksera, a syczenie układu turbo dopełnia całości. Jazda po szutrze - tylko do zdjęć. Chcecie pojeździć po Mazurach śladem Ogiera i spółki - zabierzcie Tiguana albo Golfa Alltrack.
Dla ludu czy dla lansera?
Wracamy na asfalt i jedziemy dalej. Gładka jak stół droga wojewódzka w stronę Suwałk daje chwilę wytchnienia. Jest czas na rozejrzenie się w środku. Beetle autem dla ludu nie jest na pewno. Choć powstał na bazie Golfa, jego cennik zaczyna się dobre 10 tys zł wyżej. Tym bardziej zaskakuje niższa niż w Golfie jakość materiałów we wnętrzu. Z takimi plastikami bliżej mu do Caddy`ego. MINI, z którym Beetle miałby rywalizować jest o lata świetlne od niego.
Wracamy na asfalt i jedziemy dalej. Gładka jak stół droga wojewódzka w stronę Suwałk daje chwilę wytchnienia. Jest czas na rozejrzenie się w środku. Beetle autem dla ludu nie jest na pewno. Choć powstał na bazie Golfa, jego cennik zaczyna się dobre 10 tys zł wyżej. Tym bardziej zaskakuje niższa niż w Golfie jakość materiałów we wnętrzu. Z takimi plastikami bliżej mu do Caddy`ego. MINI, z którym Beetle miałby rywalizować jest o lata świetlne od niego.
Cel naszej podróży na szczęście nie był tak daleko. Jesteśmy w Stańczykach, w samym sercu Puszczy Romnickiej. Na początku XX wieku Niemcy zbudowali tu dwa bliźniacze mosty kolejowe. Gigantyczne żelbetonowe konstrukcje są dziś najwyższymi przeprawami w Polsce. Postawili dwie, bo żeby wysadzić je w powietrze potrzeba więcej wysiłku niż w przypadku jednej. Proste? Ten duch niemieckiej techniki nie umarł. Kto jeździł dowolnym współczesnym Volkswagenem natychmiast się tu odnajdzie. Przełączniki czy infotainment znacie z pozostałych modeli. Wszystko jest na swoim miejscu, a VW jak zwykle rozwiązuje problemy zanim je zauważycie – jaki inny samochód przypomni Wam o zabraniu telefonu? Za to nawigacja mogłaby lepiej się orientować...
Wartością dodaną są akcenty retro. Nie, nie tak tandetne jak wazonik na kwiaty w New Beetle. Mamy oldschoolowy schowek na rękawiczki (rzeczywiście nie wejdzie tam nic innego, no może paczka chusteczek), materiałowe paski zamiast kieszeni w drzwiach i paski-uchwyty na słupkach B. Jest jeszcze kierownica dużo cieńsza niż w pozostałych VW. Z rockandrollowym, hippisowskim klimatem pierwszego Garbusa kojarzy się też system audio Fendera - gra naprawdę przyzwoicie!
Idąc za ciosem, odpalam Rolling Stonesów i kieruję się z powrotem na zachód. W Beetle podoba mi się to, że nie jest ostentacyjny. To nietuzinkowe auto dla ludzi, którzy nie chcą jeździć Golfem, ale oczekują, że ich samochód będzie po będzie prostu działał tak, jak go wymyślono. Przyciągnie więcej spojrzeń niż MINI, ale nie wywoła sensacji wszędzie, gdzie nim pojedziecie. To taki lans kontrolowany - zawsze ktoś się obejrzy. Nieważne czy zaparkujecie przed sklepem w Gołdapi, czy na modnej ulicy w Warszawie.
