O autorze
Dziennikarz i entuzjasta automobilizmu. Prezenter Wiadomości Radia ZET i brzydsza połowa duetu ZET za kółkiem. Wielbiciel aut wszelkich - szybkich i drogich, tanich i wolnych - bo w każdym jadą inne emocje.

instagram.com/michal_adamiuk
twitter.com/MichalAdamiuk
facebook.com/ZETzakolkiem

Randka w ciemno. Ford Mustang Bullitt

Ford Mustang Bullitt
Ford Mustang Bullitt fot. Michał Adamiuk
Dawno nie czekałem na żadne auto tak, jak na Mustanga. Były szybsze, droższe, mocniejsze, ale przed żadnym nie czułem takiego respektu. To przykład tego, jak legenda i cała jej otoczka potrafią wyłączyć racjonalne myślenie. Nawet gdyby był fatalny, nie umiałbym go objechać. Na szczęście nie jest.


Jeśli ktoś kiedykolwiek zasługiwał na niemodne już określenie „cool”, to był nim Steve McQueen. Jeśli auto, to właśnie jego klasyczny Mustang Fastback ze słynnego kryminału Petera Yatesa. Samochód, do którego za chwilę wsiądę jest kumulacją czadu. Może być coś bardziej „cool” niż współczesny hołd dla kierowcy, aktora i maszyny, w 50. rocznicę premiery filmu? Właśnie dlatego musiałem się do tego przygotować, prawie jak do egzaminu. Wieczory poświęcone na research, wnikliwy seans filmu, by w nowym aucie wyłapać wszystkie cytaty z klasyka... na nic się zdały. To jak z randką. Stajesz twarzą w twarz i natychmiast wylatują z głowy wszystkie rozpracowane wcześniej scenariusze.
Jest. Klasyczny, filmowy Dark Highland Green. Człowiek z Forda uprzedza o uszkodzonym tylnym błotniku. Ewidentnie zaistniała tu sytuacja z gatunku „kiss the wall”, co jeszcze tylko wzmaga mój respekt przed tą maszyną. 460 koni na tylnej osi raczej nie bawi się w tańcu, raczej połyka nieroztropnych frajerów w całości. Staram się pamiętać o jednym: by nie przykładać do niego miarki. Nie oceniać zwykłymi kategoriami, jak każdego innego sportowego auta. Chyba na to zasługuje.
Wsiadam. Pod plecami oraz ich mniej szlachetną częścią jest miękko. Fotelom daleko do typowych kubełków, ale - jak to u Forda - w jakiś przedziwny sposób otulają ciało na wysokości bioder. Na okoliczność rocznicy, wersja specjalna Bullitt dostała gratisowe 10 koni, zniknęło parę emblematów, przybyło kilka nowych. Można ją mieć tylko z V8-ką i manualną skrzynią. EcoBoost? A wyobrażacie sobie McQueen`a na kosiarce?
Odpalam i ruszam z nieskrywaną nieśmiałością. W końcu mam tête-à-tête z legendą. Sprzęgło pracuje wyjątkowo ciężko, potrzeba tu konkretnej fizycznej siły. Skok jest przy tym na dyle duży, że nie ma ryzyka kompromitacji i zgaszenia go przy starcie. Tocząc się przez miasto szybko zauważam jak twarda to sztuka. Wszystkie mechanizmy działają tu z podobnym oporem. Czuć, że to urządzenie zrobione z metalu, a nawet z jakichś metali ciężkich. Wspaniałe fizyczne doznania!
W korkach mam czas na rozpracowanie obsługi. Nie ma tu miliona przycisków, tylko ekran infotainmentu, klimatyzacja i kilka przełączników w lotniczym stylu (kto ich nie lubi!). Więcej opcji i trybów kluczowych dla samej każdy kryją guziki na dużej kierownicy. Jak na taką bestię, jest zaskakująco przyjazny w mieście. Spokojnie i bez stresu można nim jeździć na co dzień. Nie pozwólcie jednak uśpić czujności. To drogowy killer i ogłosi to przy pierwszym dociśnięciu gazu za miastem.
Turbo jest dla leszczy. Bullitt przypomina, co znaczy dobry wolnossak, a jeszcze lepiej taki 5-litrowy. Ma totalnie słaby dół, z niskich obrotów zupełnie nie jedzie, ale wyżej... przyspiesza jakby uciekł z Przylądka Canaveral. Subiektywnie wydaje się szybszy niż podawane 4,6 sekundy do „setki”, choć to akurat zależy od sprawności organicznego łącznika między kierownicą, pedałami i skrzynią biegów. To genialny manual, precyzyjny, działający z olbrzymim oporem. Skoki mogłyby być trochę krótsze, ale i tak zmiana przełożeń jest czystą poezją. W czasach wszędobylskich automatów, taka skrzynia powinna być pod ustawową ochroną. Zasługuje na status pomnika przyrody, a co najmniej na dopisanie do listy materialnego dziedzictwa UNESCO.
Mogę bez końca przyspieszać dla samej przyjemności wbijania kolejnych biegów... i słuchania wspaniałego instrumentu zwanego też silnikiem. To Fender wśród motorów. Gra nisko, basowo, jakby pod maską wielkości lotniskowca mruczał olbrzymi tygrys. Fenomenalne brzmienie. To jeden z tych gatunków, które najpierw słychać, a dopiero później widać.
Po tylu emocjach ciężko zasnąć, dobrze, że myśl o kolejnym dniu z Bullittem ułatwia pobudkę o nieludzkiej porze. Ruszając o 4:15 na dyżur do radia mógłbym włączyć tryb „dobrego sąsiada” i nieco wyciszyć wydech, ale Mustang wyzwala w człowieku głębokie pokłady egoizmu. Przynajmniej pomruk V8 obudził ochroniarza, który znowu przysnął na posterunku i nie chce podnieść szlabanu...
Bullitt jeździ w starym, brudnym stylu, jak porządny muscle car (tak, tak, wiem – pony car), ale wreszcie nie tylko na wprost. Mustang obecnej generacji – naprawdę - i skręca, i hamuje. Kwestia nie tylko niezależnie zawieszonych tylnych kół, ale i świetnego adaptacyjnego zawieszenia. Dzięki niemu, dzikus o brutalności piły tarczowej może mieć też precyzję skalpela. W normalnych ustawieniach jest dość miękki, ale to nawet lepiej pasuje do jego charakteru (zobaczcie jak bujał się klasyczny Fastback w „Bullicie”). Da się nim wygodnie jeździć i to w zasadzie najlepsza opcja na nasze drogi. W sportowych nastawach robi się zbyt twardo, skacze na nich jak piłka na środku parkietu NBA.
To naprawdę deska, ale dzięki temu imponuje dokładnością i bezpośredniością reakcji. Rewelacyjnie hamuje, ale nie może być inaczej, jeśli pod układem hamulcowym podpisują się fachowcy z Brembo. W sportowych i torowych ustawieniach prowadzi się jak cyborgi spod znaku „M”. Różnica jest taka, że Mustang jest bardziej ludzki. Taki kowboj, który jednego dnia Cię opluje i da po mordzie, a drugiego podwiezie dyliżansem do kościoła. W niedziele potrafi urywać łeb na torze, a w dni powszednie być naprawdę wygodnym autem. I nawet nie jest mu potrzebne świetnie brzmiące audio Bang & Olufsen Play, 5-litrowe V8 jest najlepszą muzyką. Można jechać i słuchać w milczeniu, znacznie dłużej niż przez 9 minut i 42 sekundy filmowego pościgu z „Bullita”, kiedy z ekranu nie pada ani jedno słowo.
Ford znakomicie połączył przymioty oldschoolowego łobuza ze współczesną techniką, która tylko poszerza jego możliwości. Gość z Ameryki w końcu prowadzi się jak europejskie Fordy z literkami ST i RS. Najlepsze jest w nim to, co można potraktować jako puentę tej podróży. Tym razem będzie pożyczona, bo to moja lepsza połowa opisała tego Mustanga najcelniej: „Nie wygląda jakby był nowy.”

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
0 0W Polsce tego filmu ludzie boją się jak ognia. Widziałem "Malowanego ptaka" i już wiem dlaczego

POLECAMY

HYDEPARK 0 0Maciej Stuhr kończy 44 lata. I właśnie z tej okazji dał bardzo szczery wywiad
0 0Tak się rozjeżdża konkurencję. Po takiej zapowiedzi serwisu Disney+ Netflix może się bać

TRAGEDIA W WARSZAWIE

FELIETON 0 0Ilu ludzi ma jeszcze zginąć na pasach? Posłowie, przestańcie się bać kierowców!
X-lander 0 0Złożysz go jedną ręką. Mamy cenią go za wielofunkcyjne zastosowanie
PSSB 0 0Konsultanci sprzedaży bezpośredniej. Kim są osoby działające w tej rozwijającej się branży?
POLECAMY 0 0Tak Kaczyński traci władzę. Po wyborach dostał dwa potężne ciosy