… czyli ona i on, Polka i Francuz, Bonda i Lemaitre

REKLAMA
Katarzyna Bonda – „Okularnik”
logo
Pierwsze zdanie: „Kiedy po trzecim sygnale podniósł słuchawkę, nie odezwała się, choć powinna spytać o Zofię.”
Pierre Lemaitre – „Koronkowa robota”
logo
Pierwsze zdanie: „- Alice… - powiedział, patrząc na tę, którą każdy oprócz niego nazwałby po prostu dziewczyną.”
Na początek zabawię się w małego blogowo-książkowego Nostradamusa. Wszystkie znaki na niebie i na ziemi, nie mówiąc o tych wydrukowanych na kartkach papieru i składających się w książki, wskazują mi na to, że w tym roku żadne inne wydawnictwo nie pobije warszawskiej Muzy w kategorii: najlepsze kryminały na rynku. Ma bowiem Muza to szczęście, że posiada w swoim katalogu Katarzynę Bondę i Pierra Lemaitre.
Bonda dowodzi drugą częścią tetralogii kryminalnej o Saszy Załuskiej pt. „Okularnik”, iż w Polsce nie ma obecnie żadnej konkurencji (i to nie tylko w gronie kobiet!), natomiast francuski pisarz „Koronkową robotą” udowadnia, że jest w absolutnej czołówce najlepszych twórców kryminałów i thrillerów na świecie. Nie ściemniam. Bonda przebiła poprzedniego, świetnego „Pochłaniacza”, a Lemaitre zaserwował rzecz jedną z najlepszych jakie czytałem w tym gatunku. W ogóle. Choć oboje piszą w odmiennym stylu, łączy ich co najmniej jedno – od ich książek ciężko się oderwać. Ale po kolei.
Najpierw słów kilka o „Okularniku”. W zasadzie mógłbym powtórzyć te wszystkie superlatywy, których użyłem kiedyś przy okazji recenzowania „Pochłaniacza”. Że świetnie skonstruowana, przemyślana i wzorowo poprowadzona intryga. Że mnogość postaci i wątków. Te ostatnie są niebywale poplątane, ale sprawnie rozwijane, tłumaczą skomplikowane i rozległe zależności, niuanse i motywy, z czasem zazębiają się i prowadzą do logicznego finału. Postaci Bondy jak zwykle niezwykle interesujące charakterologicznie, złożone i barwne. Nie wspominając nawet o tym, z czego słynie pisarka – rzetelności i dbania o każdy szczegół , warsztatowej precyzji, bezbłędnego i przekonywującego oddania rzeczywistości, fantastycznej merytoryki itd. Mógłbym tak powielać i powielać, ale należy tu zaznaczyć, że w porównaniu z „Pochłaniaczem” w „Okularniku” wszystkiego jest więcej i bardziej.
Począwszy od rozmiaru samej powieści (ostatnia kalka, obiecuję – to nie jest zwykły kryminał, to jest prawdziwe, potężne powieścidło kryminalne!), która rozrosła się tym razem do blisko 850 stron („Pochłaniacz” miał ich 670). Mamy tu retrospekcje sięgające już nie tylko lat 90-tych, ale cofające się aż do II Wojny Światowej, po jeszcze ciekawszą, jeszcze bardziej wciągającą intrygę. Jednak moc tej książki tkwi w tym, że dotyka ona bezpośrednio naszej trudnej historii, tematu bardzo niewygodnego.
Głównym motywem, który ma wpływ na całą historię, jest bowiem pacyfikacja pewnej wsi położonej na Podlasiu - zamieszkiwanej przez prawosławnych Białorusinów - której dopuścił się polski oddział dowodzony przez jednego z Żołnierzy Wyklętych, Romualda Rajsa ps. „Bury”. Wielu środowiskom może się to nie spodobać, , biorąc pod uwagę jak gloryfikowani są, zwłaszcza teraz, żołnierze AK. Trzeba mieć przysłowiowe cojones, żeby się porwać na taki temat. Bonda niewątpliwie je ma, ale ma również swoją własną, bolesną, rodzinną historię związaną z tymi konkretnymi wydarzeniami – we wspomnianym pogromie zamordowana została babcia autorki. Właśnie babci i mamie dedykuje swoją książkę.
logo
Katarzyna Bonda Fot. Zuzanna Pol
Poza tym nawiązaniem do historii i wyraźnym oparciu się na twardych faktach, kolejną mocną stroną tej opowieści jest kapitalne odmalowanie rodzinnej miejscowości autorki, Hajnówki. Te małomiasteczkowe klimaty, ploteczki, tajemnice, więzy krwi, wspólna przeszłość, ale także patriotyzm, nacjonalizm, sprawy związane z różnorodnością etniczną, religijną i kulturową, wszystko to jest powieściowym crème de la crème. Choć i tu Bonda włożyła przysłowiowy kij w mrowisko, bo sposób przedstawienia autochtonów - szczery, bezkompromisowy i raczej niekorzystny – również może nie przysporzyć jej pozytywnych opinii.
Mógłbym tak wymieniać liczne plusy tej powieści, ale zakładam, ze nie ma to większego sensu. Powtórzę jeszcze raz to co napisałem na początku, nie widzę aktualnie nikogo, kto by podskoczył Bondzie w temacie powieść kryminalna. „Okularnikiem” jestem wciąż zachwycony, bo to rzecz bliska doskonałości i aż strach pomyśleć, co będzie działo się przy lekturze pozostałych dwóch części tetralogii o Załuskiej, jeśli ten trend utrzyma się dalej.
I jeszcze coś. To jest książka, która wymaga pewnej wytrwałości, skupienia, zaryzykuję nawet stwierdzenia - pewnej sprawności intelektualnej. Tu nie ma bowiem miękkiej gry i kawy wyłożonej na ławę. Zwłaszcza, że Bonda, tak jak i w „Pochłaniaczu” wolno się w niej rozkręca. Jako perfekcjonistka musi najpierw zbudować solidny fundament całej historii. Nakreślić jej tło, wprowadzić czytelnika w temat. Mnie to kompletnie nie przeszkadza. Przy tego typu rozbudowanych, wielowątkowych opowieściach jest to niezbędne, ale zdaję sobie sprawę, że są czytelnicy, którym może nie starczyć cierpliwości lub tacy, którzy zwyczajnie się w tym fabularnym gąszczu pogubią. Trudno-świetnie. Wasza strata.
Teraz Lemaitre. Facet, który zachwycił mnie pierwszą wydaną w Polsce częścią cyklu o komisarzu paryskiej policji Camille’u Verhoevenie pt. „Alex”. Pierwszą w Polsce, ale drugą w kolejności. Piszę o tym, bo jest to rzecz co najmniej irytująca, że polscy wydawcy (Muza nie jest tu wyjątkiem) często nie trzymają się chronologii. Drukują cykle, tak jak im się podoba. Po „Alex” była „Ofiara” – rzecz bardzo dobra, ale nie ukrywam, że oczekiwania wobec niej miałem dużo większe. Na szczęście pierwsza część cyklu, czyli wydana niedawno „Koronkowa robota”, sprzedała mi prawdziwego gonga, po którym jeszcze podnoszę się z kolan.
Lemaitre pisze zupełnie inaczej niż Bonda. Po pierwsze jego książki mają max 400 stron. To nie są monumentalne powieści jak w przypadku pani Katarzyny. Lemaitre nie mierzy w zapętlone i rozpięte w czasie historie. On pisze literaturę popularną, pozornie nieskomplikowane, często oparte na znanych już schematach kryminalne thrillery. Chociaż z drugiej strony takim „Do zobaczenia w zaświatach”, powieści o antywojennej wymowie, za którą dostał nagrodę Goncourtów w 2013 r., dowodzi, że w dużych, ambitnych formach też daje sobie doskonale radę.
To co odróżnia go od wielu innych mniej lub bardziej sprawnych rzemieślników parających się kryminałami, także od naszej Bondy, to język. Być może nie jest wybitnie wyszukany i oryginalny, ale w tym gatunku mało kto pisze frazą tak literacko bogatą i dopieszczoną. Czytanie Lemaitre’a pod tym kątem to naprawdę duża przyjemność, która powinna zaspokoić nawet tych najbardziej wybrednych odbiorców. Kolejna rzecz, która wyróżnia Francuza, to genialna wprost ręka do tworzenia suspensów. Ale takich przez wielkie „S”. Takich, przy których mówi się pod nosem – "wow"! Jeżeli już funduje nam zwrot akcji, robi to w taki sposób, że jesteśmy szczerze zaskoczeni. Do tego dodajmy jeszcze nietuzinkowego głównego bohatera, który jest ułomny fizycznie (subtelnie rzecz ujmując - nikczemnego wzrostu), ale ma nieprzeciętny umysł i duszę artysty (Verhoeven często szkicuje rysunki np. podczas przesłuchań).
logo
Pierre Lemaitre Fot. Laura Stevens/The Times
Kolejne plusy? Zawsze misternie skonstruowana fabuła, pomysłowa i nieprzewidywalna mimo wspomnianego wyżej ogrywania znanych już gatunkowych patentów. Taka, która często zwodzi na manowce. Skrupulatnie oddane szczegóły prowadzonego śledztwa, sugestywne i plastyczne opisy. Zawsze dobry rytm narracyjny. Pogłębiona psychologia bohaterów, również postaci drugoplanowych (mój ulubieniec cyklu, z drugiego szeregu, to chorobliwie skąpy i niezwykle drobiazgowy śledczy Armand). Miejscami świetne poczucie humoru, które staje w kontrze do niezwykle brutalnych i krwawych, w „Koronkowej robocie” wręcz makabrycznych i bestialskich (to nie jest książka dla wrażliwych czytelników) opisów zbrodni. I jeszcze jedna rzecz, za którą go niezwykle szanuję. U niego nie ma prostych, przewidywalnych finałów. Zatem zapomnijcie co to happy end.
Wszystko o czym napisałem, może jedynie poza dynamiczną narracją już od pierwszych stron, znajdziecie w „Koronkowej robocie”, która rzeczywiście jest wybitnie misternym literacko-kryminalno-thrillerowym jobem. Książką, w której nie ma się do czego przyczepić bo osiągnięto w niej doskonałość. Co prawda w „Alex” mieliśmy aż trzy suspensy, a tu mamy zledwie jeden, ale w pierwszej części cyklu o Verhoevenie jest inny smaczek, istotny zwłaszcza dla takich moli jak niżej podpisany.
Otóż Lemaitre tę swoją precyzyjną koronkę opiera na klasykach literatury kryminalnej – „Czarnej dalii” Jamesa Ellroya, „American Psycho” Breta Eastona Ellisa czy „Laidlaw” szkota Williama McIlvanneya, twórcy tartan noir. Jak wykorzystuje motywy zbrodni z tych książek w swojej powieści? To już proszę sprawdzić samemu. Nie chcę w ogóle nic więcej pisać o fabule, bo im mniej o niej wiemy, tym więcej przyjemności dalej. Ba, nie zalecam nawet czytania tego co jest wydrukowane na tylnej okładce. Zgadzam się za to z opinią Zygmunta Miłoszewskiego, którą znajdziecie na jej froncie: „Nie ma dziś w europejskiej literaturze lepszych kryminałów niż te, które pisze Pierre Lemaitre”.

Aktualnie czytam:
logo