
… czyli półmetek podsumowań za nami
REKLAMA
W rodzimej literaturze pięknej mijający rok był słabiutki. Najlepiej niech świadczy o tym fakt, że miast zamieścić tu tradycyjnie już dziesięć tytułów, udało mi się zebrać ich zaledwie siedem. I tak milczały „wielkie firmy” pokroju Jerzego Pilcha czy Eustachego Rylskiego. Niczym nie zaskoczyły uznane nazwiska jak Andrzej Stasiuk oraz Joanna Bator – oboje wypuścili bardzo przeciętne książki, niebezpiecznie podobne do tych poprzednich. Niestety, znów nie udało się wrócić do gry na wysokim poziomie takim pisarzom jak Wojciech Kuczok czy Tomasz Piątek. Nowe pozycje obu z nich przeszły bez jakiegokolwiek echa. Były też fatalne debiuty, jak choćby „Święto trąbek” Marty Masady i kilka innych kiepskich książek, których przez litość nie będę wymieniał.
Podobnie jak w wypadku podsumowania kryminałów, okazuje się, że fason trzymali ci, którzy ostatnimi czasy nie schodzą poniżej pewnego poziomu. Znów dobre książki napisali: Marcin Świetlicki, Krzysztof Varga, Wit Szostak i Jakub Małecki. Wreszcie przekonał mnie do siebie Szczepan Twardoch – choć muszę przyznać, iż jego „Króla” chciałem początkowo umieścić w zestawieniu dotyczącym kryminałów. To przecież rzecz popularno-rozrywkowa jest, a nie jakaś szczególnie ważka powieść. Miło zaskoczyły mnie także dwie zupełnie nieznane mi do tej pory autorki. Aleksandra Zielińska ze swoją drugą książką pt. „Bura i szał”, a także debiutantka Anna Cieplak z „Ma być czysto”. Więcej szczegółów poniżej.
Kolejność jak zwykle alfabetyczna. I jeszcze jedno - podsumowanie nie uwzględnia reportaży, o których pisałem tu:
Tekst linka
Kolejność jak zwykle alfabetyczna. I jeszcze jedno - podsumowanie nie uwzględnia reportaży, o których pisałem tu:
Tekst linka
Anna Cieplak – „Ma być czysto”
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 262 str.
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 262 str.
Pierwsze zdanie: „Drzwi były prawie przezroczyste, a ona stała przyklejona do nich plecami”.
Cieplak, która, jak doczytałem, pracuje na co dzień z dziećmi i młodzieżą, poświęciła swój debiut polskim nastolatkom mieszkającym na prowincji. Nie jest to może jakaś głęboka psychologicznie rzecz, ale na pewno można się z niej dowiedzieć więcej o współczesnej młodzieży, niż z tzw. fachowej publicystyki. Autorka przy pomocy lekkiej formy (niewielkie rozdziały będące krótkimi wycinkami z życia dwóch głównych bohaterek) i podsłuchanego, ciekawego języka (slang gimbazy), w interesujący sposób prezentuje to, czym żyją obecnie nastolatkowie. Cóż takiego siedzi w ich głowach i jakiego rodzaju dramaty przeżywają. „(…) mieć piętnaście lat to jak mieć przed sobą perspektywę przynajmniej pięciu lat uporczywych zaburzeń urojeniowych, których nie da się niczym wyleczyć. Kompleks wyrasta na kompleksie i tylko co bardziej gruboskórni nie czują się jak gówno”. Nie wiem, na ile jest to obraz bliski rzeczywistości – zakładam jednak, że z racji swego doświadczenia, autorka sportretowała to środowisko wiernie. Przekaz płynący z tych historyjek, jak się można domyślać, nie jest zbyt optymistyczny. I między innymi dlatego lekturę „Ma być czysto” polecam głównie rodzicom nastolatków, bądź tym, którzy, tak jak niżej podpisany, mają pociechy w wieku bliskim temu okresowi.
Jakub Małecki – „Ślady”
Wydawnictwo Sina Que Non, 297 str.
Wydawnictwo Sina Que Non, 297 str.
Wit Szostak – „Zagroda zębów”
Powergraph, 90 str.
Powergraph, 90 str.
Pierwsze zdanie: „Nie śpiewaj Odysa, Odys wyśpiewany”.
Wit Szostak jest nie tylko jednym z najciekawszych współczesnych pisarzy polskich, lecz także tym wśród nich najbardziej różnorodnym. Znów serwuje czytelnikowi książkę kompletnie inną niż poprzednie. Tym razem w króciutkim tomiku przedstawia zbiór miniatur, tworzących coś na kształt poematu, a będących alternatywnymi wersjami mitu o Odyseuszu. Na przykład: Odys nie wraca na Itakę, bo pomaga odbudować Troję, albo wraca, ale ginie z rąk Penelopy itd. Autor wyraźnie rozbudowuje tu także rolę syna Odysa, Telemacha. Przyznam szczerzę, że nie przepadam za mitologią, ale udaną literacką stylizację Szostaka, ten poetycki język oraz niebanalne spoglądanie na rzeczywistość przez pryzmat apokryficznych historii Odysa, pochłonąłem z dużą przyjemnością. Eksperymentalna i ambitna to rzecz, która na pewno nie jest skierowana do szerokiego grona odbiorców, ale tym którzy podejmą wyzwanie, przynieść winna sporą literacką satysfakcję.
Marcin Świetlicki – „Drobna zmiana”
Wydawnictwo a5, 103 str.
Wydawnictwo a5, 103 str.
Szczepan Twardoch – „Król”
Wydawnictwo Literackie, 429 str.
Wydawnictwo Literackie, 429 str.
Pierwsze zdanie: „Mojego ojca zabił wysoki, przystojny Żyd o szerokich ramionach i potężnych plecach machabejskiego boksera”.
Do tej, chyba najgłośniejszej medialnie w tym roku, książki podchodziłem z dużą rezerwą, a nawet nieufnością. Tak to już zazwyczaj bywa przed moimi spotkaniami z bestsellerami. Na szczęście przytrafiła mi się przyjemna niespodzianka. „Król” to bardzo dobra powieść reprezentującą tzw. literaturę środka, z silnie rozbudowanym wątkiem kryminalnym. Świetnie skomponowana i zręcznie napisana. Z pełnokrwistymi bohaterami, zajmującą akcją oraz udanie, bo z dużą dbałością o szczegóły, odmalowaną przedwojenną Warszawą i porywająco oddanym tłem historycznym – rosnącym nacjonalizmem, antysemityzmem i czyhającą gdzieś w oddali wojną. Wszystko tu od początku do końca gra i trzyma się kupy, dopracowane na wysoki połysk. A jeśli już miałbym się do czegoś przyczepić, to do tego tajemniczego walenia, który krążąc nad Warszawą, widzi i wie wszystko. Motyw to już przecież u Twardocha ograny, a tu nie wiem za bardzo, czemu dokładnie służący.
Krzysztof Varga – „Langosz w jurcie”
Wydawnictwo Czarne, 273 str.
Wydawnictwo Czarne, 273 str.
Pierwsze zdanie: „Był początek marca 2005 roku, ale nie pamiętam, czy zimny, czy ciepły, suchy czy też deszczowy, w zasadzie nie pamiętam wcale jaka była pogoda”.
Ostatnia część eseistyczno-podróżniczej, węgierskiej trylogii Vargi dotyczy tamtejszego pogranicza, bo „… Węgry są jak langosz właśnie: najbardziej smakowite i kuszące po brzegach, a w środku płaskie, cienkie, prawie przezroczyste”. Autor zaczyna więc od tego austriackiego, by poprzez słoweńskie, chorwackie, serbskie, rumuńskie i ukraińskie dotrzeć do pogranicza słowackiego. Podczas tych wędrówek w charakterystyczny sposób opisuje prowincjonalne wsie i miasteczka – „Po wsiach wolno i z wysiłkiem jeździły stare wartburgi w kolorze sraczki i szurające niemal podwoziem o asfalt łady w kolorze wymiocin”. Odnosi się do literatury, polityki, spraw narodowościowych, religijnych, trochę też do prywatnych (wspomina zmarłego ojca). Poza tym pożera oczywiście kolejne pyszne, węgierskie dania, ślinka cieknie dosłownie co kilka stron. I choć niczym specjalnym nie zaskakuje, to nie zmienia to faktu, że po raz kolejny czyta się te eseje doskonale.
Aleksandra Zielińska – „Bura i szał”
Wydawnictwo WAB, 332 str.
Wydawnictwo WAB, 332 str.
Pierwsze zdanie: „Proszę, Bura, weź to i powiedz, co widzisz”.
Przyznaję, że powieściowy debiut Aleksandry Zielińskiej sprzed dwóch lat („Przypadek Alicji”) przegapiłem. Będę chciał jednak do niego wrócić, zachęcony tegoroczną, intrygującą, psychologiczną powieścią pt. „Bura i szał”. To mroczna i tajemnicza, a momentami okrutna historia o szaleństwie, samotności i braku zrozumienia. Także o odbiegających od normalności, zimnych relacjach rodzinnych – „Wszyscy w tym domu mijamy się z uczuciami”. Główną bohaterką książki jest tytułowa Bura – wykluczona i niechciana wśród najbliższych dziewczyna, cierpiąca na chorobę psychiczną. Pewnego dnia wraca z Krakowa do swojej rodzinnej wsi, aby raz na zawsze uporządkować swoje życie i rozliczyć się z bolesną przeszłością, na której ciąży traumatyczne wydarzenie z dzieciństwa. Zielińska operuje w tej powieści dobrym warsztatem. Stosuje specyficzną, fragmentaryczną, rwaną i niespójną, wydawałoby się, narrację, która udanie odwzorowuje sposób myślenia osoby szalonej. Używa także interesującego, obrazowego języka. Jest to proza wymagająca przy lekturze pewnego skupienia oraz odrobiny zaparcia, ale gwarantuję, że warto się nad historią Burej pochylić.
Aktualnie czytam:
