Czyli lektury do nadrobienia.

REKLAMA
Wakacje to okres, w którym wydawcy trochę zwalniają z prezentowaniem kolejnych nowości ze swoich katalogów. Często-gęsto bywa też tak, że wypuszczają w tym czasie na rynek pozycje lżejsze, jakieś czytadła, tudzież inne pierdualia, te ważkie tytuły zostawiając sobie na jesień lub koniec roku. Dlatego jest to dobry czas (przynajmniej dla mnie), kiedy można zająć się choćby wspomnianymi niedawno kryminałami i sensacjami, ale także nadrobić lektury, które gdzieś tam umknęły nam po drodze, a odczuwamy silną potrzebę ich przeczytania.
Poniżej mój na wskroś subiektywny zestaw lektur do nadrobienia podczas zbliżającego się urlopu.
Najświeższe ominięte przeze mnie pozycje to ubiegłoroczne książki dwóch polskich reporterów „Wypalanie traw” Wojciecha Jagielskiego i „Nowy wspaniały Irak” Mariusza Zawadzkiego. Jagielski wiadomo – wyrobiona i uznana od dawna marka. I choć nie jestem aż takim entuzjastą jego książek, jak ci, którzy nazywają go następcą Kapuścińskiego, to chcę tę „powieść non-fiction” koniecznie przeczytać.
Zawadzki to dopiero autor na dorobku, ale z tego co wyczytałem tu i ówdzie facet dobrze pisze i jeszcze lepiej rokuje. Poza tym sama tematyka jest ciekawa, bo o Iraku paradoksalnie wciąż chyba nie wiemy zbyt wiele.
Z 2011 roku czekają na mnie niecierpliwie ostatnia powieść żywego klasyka Mario Vargasa Llosy „Marzenie celta” i wszędzie gdzie wzrok i ucho sięga chwalony, reportaż Filipa Springera pt. „Miedzianka. Historia znikania”. I tu w zasadzie sprawa jest prosta – wstyd mi trochę, że tego jeszcze nie czytałem, zwłaszcza Llosy, którego bardzo cenię.
Czas na dwóch pisarzy, których nie tak dawno polubiłem, za to całkiem mocno i teraz systematycznie sczytuję to co mogę ich autorstwa. „Niepokój” słowackiego pisarza Vladimira Balli, to ostatni jego zbiór opowiadań wydany w Polsce, którego jeszcze nie znam. Facet jest naprawdę wyjątkowy, a jego historyjki intrygujące i trudne, ale też wciągające. Bardzo ciekawy, mam wrażenie niedoceniany, pisarz.
Wszyscy za to doceniają Juliana Barnesa i pozostaje mi tylko pluć sobie w brodę, że poznałem go tak późno, bo to rzeczywiście wytrawny stylista i jeden z nielicznych prawdziwych mistrzów pióra. Tym razem biorę na tapetę„Nie ma się czego bać” czyli coś na kształt ni to eseju, ni to powieści autobiograficznej, w której główną bohaterką jest śmierć.
A na koniec jeden z moich ukochanych pisarzy - Ismail Kadare - ze swoim „Pałacem snów” czyli pierwszy polski przekład prozy tego wybitnego autora dokonany bezpośrednio z języka albańskiego (wcześniej tłumaczono go z francuskiego). Książka raptem z 2006 roku, ale dość trudna do zdobycia, a jeśli już jest np. na Allegro lub w antykwariatach to sporo kosztuje. Może by tak jakieś wznowienie?