Ona do niego: Zerwij pęta; odepchnij niewolę nikczemną; odważ się i jedź ze mną, odważ się być ze mną…* On do niej: ( )** I nie ma najmniejszego sensu tępe wgapianie się w monitor komputera i wciskanie klawisza F5. Odśwież, odśwież. Odpowiedział, nie odpowiedział? Nie ma co odświeżać; jeżeli facet nie pisze, znaczy nie pisze, kres koniec kropka finał - jak w wierszu „Meblościanka” Szymborskiej. I ona myśli sobie, nie napiszę już do niego, przynajmniej nie pierwsza; obiecuje to sobie solennie, jak miliony innych dziewcząt obiecywało sobie przed nią solennie i będzie obiecywało sobie po niej. Równie solennie.
Odegrała więc sama przed sobą teatrzyk okolicznościowy – najpierw się spijała, potem się głodziła, potem zjadła trzy litry lodów, by następnie unieść się resztką honoru i wykasować kontakt. Skasowała numer telefonu, wyczyściła skrzynkę mejlową, spaliła listy i zdjęcia; oskarowa rola. Jeśli nie dzwoni, nie pisze, nie odpowiada, ignoruje – znaczy, że nie chce (jej nie chce) – tysiące filmów i książek na potwierdzenie tej teorii.
A gdy mężczyzna nie chce, nie okazuje zainteresowania, lekceważy, należy mężczyznę zwyczajnie i po prostu olać zwrotnie. Proste.
Proste, ale czy wykonalne? A może raczej należałoby spytać – wykonyWANE?
Wiedziała, że nie trzeba tam iść, ale poszła, no oczywiście. Pstryknął palcami a ona pobiegła. Dlaczego, skoro nie odzywał się, lekceważył jej wzdychanie do niego wirtualne, jej nędzne mejlowe zakochanie ignorował przez długi czas. Ona rzuca wszystko i jedzie. Na jego jedno „pstryk pstryk”.
On by nie przyjechał przecież, gdyby zaprosiła go na cokolwiek (choć czemu miałaby zapraszać skoro wie, że jej nie chce). Taka prosta prawda. Natomiast ona rzuca wszystko i biegnie na zawołanie, nie jest księżniczką, na nic mądrości taty, wszystko bez sensu.
„Gubi kapcie” – jak mawiała moja matka, kiedy udawałam, że wcale nie czekam niczym na rozżarzonych węglach na telefon od chłopaka. I że wcale natychmiast nie pędzę niczym struś pędziwiatr gdy tylko on zadzwoni i powie „chodź”. Natychmiast. BO MIAŁ AKURAT CZAS. Albo jechałam z Warszawy do Zakopanego i z powrotem tego samego dnia, tylko po to aby odwiedzić chorego chłopca w szpitalu, bo jęczał, że go nikt nie odwiedza. Chociaż kiedy był zdrowy to niezbyt często się odzywał, nie pisał, nie dzwonił, nie mówiąc o tym, że nie przyjeżdżał, bo przecież z Zakopanego do Warszawy daleko.
Mam poczucie własnej wartości, nie jestem ani głupia, ani brzydka; żaden ze mnie „nieudacznik”. A jednak jak się człowiek zakocha to po prostu rozum traci, nie wiem jak to tłumaczyć, nie wiem jak się tłumaczyć. I nie tylko ja taka głupia przecież, bo miliony innych dziewcząt obiecywało sobie przede mną solennie i będzie obiecywało sobie po mnie. Równie solennie.
Czy tylko i jedynie KOCHAJĄCE kobiety? Czy potrzeba do „szarikowego” zachowania naprawdę wielkiej miłości? No nie, bo przecież gdy miałam te siedemnaście lat i czekałam jak na gwoździach na telefon to nie kochałam szaleńczo (a może już nie pamiętam, to przecież było wieki temu)
A tatuś mówił, kładł do głowy, „bądź księżniczką”. No i co. I jak to się ma, do rzeczywistości. Jak to się ma do ciebie, wpatrzonej w ekran telefonu, sprawdzającej esemesy co pięć sekund, podnoszącej słuchawkę, czy telefon aby na pewno działa, zaklinającej dzwonek i biegnącej w podskokach GDY TYLKO ON, nawet jeśli wcześniej ignorował, nie odpisywał, nie odpowiadał, lekceważył…
Tak więc wspólnie czekamy na reakcje.
* - Jean Racine, „Fedra”.
** - cisza.
