Jesteśmy potomkami szabrowników poniemieckich miast – stąd nasze pieniądze. Wstydzimy się tego i dlatego umacniamy podział na panów i poddanych. Ale jak przyznamy się do tego przed sobą to będzie lepiej, równiej, uczciwiej. Nie jestem pewien…
REKLAMA
W swoim artykule „Folwark polski” Grzegorz Sroczyński stawia dość śmiałe i rozlegle tezy na temat polskiego społeczeństwa. Polska elita, rozumiana w tym kontekście głównie jako osoby bogate, nie bierze odpowiedzialności za resztę społeczeństwa. Dlaczego? Bo polska elita to efekt „sprytu prostego ludu obtłukującego herby z pałacu Zamoyskich i szabrującego poniemieckie miasta” – osoby dzisiaj bogate te potomkowie tych, którzy tłukli i szabrowali. Ci ludzie nie chcą się przed sobą do tego przyznać, boją się tego i dlatego wzmacniają podział na panów i poddanych. Wszędzie: w szkole, w korporacji, w życiu. Nawet jak politycy mówią, że będą pomagali biednym, to też ten podział wzmacniają – dobry pan pomaga biednemu poddanemu. Receptą jest zrozumienie sfrustrowanej klasy niższej, która już nie pisze na murach „Legia pany” tylko „Żołnierze wyklęci”. A najlepiej, powinniśmy przeciwstawić się całemu wyzyskowi biednych przez bogatych, na przykład godząc się na to, że ubrania wyprodukowane w pełni „uczciwie” będą kosztowały 5 razy drożej, ale właśnie takie kupować, bo przecież spokojnie wystarczy nam 5 razy mniej ubrań, niż mamy obecnie.
Jak już wspomniałem: dużo tego. Na początek zgódźmy się z tym, że większość ludzi dzisiaj zamożnych to potomkowie szabrowników. I nawet jeśli tak jest to nie wiem, czy przyznanie się do tego przed sobą wystarczy, a nawet pomoże, do tego, aby ci ludzie stali się „dobroczynni”. Wg mnie dobroczynność bierze się z wewnętrznego imperatywu. Wyobrażam sobie człowieka, który sam ukradł i nikt o tym nie wie. I jeśli ten człowiek będzie chciał pomagać, to będzie pomagał; jeśli nie, to po prostu nie, nawet jeśli przyzna się sam przed sobą do szabrowania albo jeśli ten fakt się wyda.
Pomaganie osobom uciśnionych jest ostatnio bardzo nakazowe. W krajach rozwiniętych obciążenia podatkowe i okołopodatkowe są postrzegane jako wysokie, a część dochodów państwa jest na tę pomoc przekazywana. Żyje się dosyć trudno i naturalne jest, że jak już ktoś się „dorobi” to nie szczególnie chce się tym dzielić, zwłaszcza na siłę. Jest jeszcze druga strona medalu. Pan Sroczyński postuluje otwarte przyznanie się do tego, że jesteśmy potomkami szabrowników. OK, ale warto też otwarcie przyznać się do tego, że są ludzie, którzy pomoc publiczną traktują jako oczywistą oczywistość. I są matki, które do MOPSu po pomoc przychodzą z dziećmi. I te dzieci uczą się tego, że pieniądze biorą się z MOPSu – się idzie i się dostaje. Do tego też warto „się przyznać”.
Wolnej konkurencji w Polsce dopiero się uczymy, w szczególności uczymy się przejścia od cwaniactwa do wolnej konkurencji. I nie mam tutaj na myśli wolnego rynku tylko tego, że żeby coś osiągnąć trzeba stanąć do konkursu – nie ważne, czy wysyłając ofertę do klienta, czy CV do pracodawcy. I ten konkurs można przegrać. Grupą społeczną, która w moim odczuciu najwyraźniej się z tym pogodziła i chce w tych konkursach uczestniczyć są sportowcy. Może warto zachęcić ich do tego, aby oni zachęcali ludzi do stawania do konkursów. Ale jest jeszcze jedna grupa. Ostatnio oglądałem jakiś talent show. I występowała tam osoba, która mówiła o tym, że ona spełnia swoje marzenie. Że chce wygrać, żeby mogła robić w życiu to co kocha. Oczywiście, telewizja kłamie, ale załóżmy, że ona naprawdę tak myślała i co więcej naprawdę tak powiedziała – z pewnością są tam takie osoby. I taka osoba mówi to, na oczach „całej Polski”, i wykonuje co ma wykonać, i przegrywa. Nie dlatego, że się zbłaźniła, tylko dlatego, że ktoś był lepszy, troszeczkę, że jej styl nie pasował do konwencji, że miała słabszy dzień. I jestem bardzo ciekaw co się dzieje potem z taką osobą. Co dzieje się w pierwszy dzień roboczy po emisji – w jej szkole, pracy, najbliższym otoczeniu. Czy jest wyśmiewana? Czy może podziwiana za odwagę? Czy jest zachęcana do tego, żeby się nie poddawać i dalej robić to, co kocha? Byłem ostatnio na wykładzie Jacka Walkiewicza i on opowiadał o jakimś sportowcu, chyba kierowcy wyścigowym, który nie zrobił matury tylko od najmłodszych lat rozwijał swoją pasję i teraz jest najlepszy na świecie. I rodzice go w tym wspierali. Walkiewicz skomentował: łatwo powiedzieć: „rodzice go w tym wspierali”, ale trudniej wyobrazić sobie ojca, do którego przychodzi 17-letni syn, mówi, że pi***** maturę bo chcę zostać kierowcą rajdowym, a ojciec odpowiada: „Masz rację, co tam matura, rób to co kochasz i bądź w tym najlepszy”. A do tego to się sprowadza. W masowej świadomości osoby przegrywające w talent show przepadają, ale przecież ich życia trwają. Myślę, że badania w tym zakresie również dałyby cenną wiedzę na temat społeczeństwa.
Tego co napisałem również wyszło dużo. Podsumowując uważam, że na dobry początek warto zachęcić ludzi do stawania do konkursów. I nauczyć, że jak się przegra w konkursie to to nie jest powód do wstydu, że się przegrało tylko powód do dumy, że się wystartowało. I że wtedy trzeba wystartować jeszcze raz, i jeszcze raz, aż do skutku.
Też chciałbym żyć w społeczeństwie, w którym bogaci biorą odpowiedzialność za biednych. Tylko obawiam się, że im bardziej ich do tego zmuszamy, tym mniej oni chcą to robić. Obawiam się też, że uświadomienie im i reszcie społeczeństwa, że są potomkami szabrowników także może nie pomóc. Raczej uderzyłbym raczej w ton: kwota nie odczuwalna dla Ciebie to dzień czyjegoś jedzenia, co ci szkodzi. Ale może najłatwiej byłoby zapytać tych bogatych potomków szabrowników, dlaczego nie pomagają, nie biorą odpowiedzialności. Jak poznamy przyczynę to łatwiej będzie zaradzić problemowi.
Sam nie wiem nic o tym, żebym był potomkiem szabrownika. Obracam się natomiast w części społeczeństwa, którą według nomenklatury Pana Sroczyńskiego i biorąc pod uwagę całą Polskę z pewnością uznać należy za elitę. I moi znajomi pomagają. Różnie. Ktoś adoptuje psy przez Internet czyli w praktyce płaci pieniądze na schronisko, ktoś oddaje stare (roczne) rzeczy po swoich dzieciach do domu dziecka, ktoś kupuje jedzenie bezdomnym na dworcu, ktoś wrzuca pieniądze ulicznym grajkom.
Ale przecież nie o to chodzi. Przecież właśnie robiąc to wszystko tylko umacniamy się w pozycji panów, którzy pomagają poddanym.
