Od razu stanowczo zaprzeczę, gdyby ktoś wyraził przypuszczenie, że zdecydowałem się opisywać najnowszą płytę Anny Serafińskiej pod wpływem jakiegoś niewyjaśnionego nacisku, albo nałożonych na mnie tortur - w myśl stwierdzenia, że przecież nie można inaczej wytłumaczyć narażania się szanownej pani profesor, której autorytatywna opinia kształtuje prawdziwe osobowości wokalne w naszym kraju. Tak, zdaję sobie sprawę, że mogę podpaść nie tylko wybitnej pedagog, ale również wokalistce jazzowej, która została wielokrotnie doceniona i nagradzana w kraju i za granicą. Ale proszę mi wierzyć, że robię to z własnej i nieprzymuszonej woli, chyląc czoła przed osobowością Anny Serafińskiej, z nadzieję, że zostanie mi wybaczona śmiałość i doceniona uległość wobec śpiewanych przez nią piosenek. Na moje usprawiedliwienie przypomnę, że muzykę odbieram intuicyjnie, skupiając się przede wszystkim na emocjach, które towarzyszą człowiekowi podczas jej słuchania. Jeśli ich nie ma, nie mam o czym pisać na blogu. A skoro się pojawiają, to jak tu milczeć.

REKLAMA
logo
Z kolejnych akapitów nie zamierzam się tłumaczyć, gdyż piszę prawdę i tylko prawdę, o czym starałem się przekonać Annę Serafińską podczas rozmowy na temat jej najnowszej płyty Groove Machine, będącej rejestracją koncertu w studiu Polskiego Radia:
Anna Serafińska jest absolwentką Wydziału Jazzu i Muzyki Rozrywkowej w Katowicach. Wielokrotnie została nagrodzona, zdobyła m. in. I nagrodę na Międzynarodowych Spotkaniach Wokalistów Jazzowych w Zamościu, Nagrodę Publiczności na międzynarodowym konkursie dla wokalistów jazzowych w ramach Montreux Jazz Festival, Grand Prix i Nagrodę Publiczności podczas międzynarodowego konkursu wokalistów jazzowych w Hammenlinie (Finlandia). Trzeba przyznać, że nie nagrywa zbyt często swoich albumów. Ostatnio wzięła udział w projekcie przypominającym postać jej babci, legendarnej królowej polskiego swingu, Carmen Moreno.
Wreszcie przyszedł czas na kolejną jej autorską płytę, na którą czekaliśmy od wydania albumu Gadu-Gadu w 2006 roku.
Można zaryzykować stwierdzenie, że Groove Machine zmienia nasze osobiste postrzeganie Anny Serafińskiej, oddając w pełni prawdę o tym, jak wieloma rzeczami się inspiruje w swojej twórczości. Nie dziwi mnie sugestia, że znakomicie balansuje między piosenką autorską, a jazzem. Nawet biorąc pod uwagę, że została jednoznacznie sklasyfikowana, jako wokalistka jazzowa, trzeba przyznać, że porównanie doskonale opisuje jej wrażliwość. Bardzo często śpiewa z poetyckim uniesieniem, co stanowi dodatkową wartość pomiędzy wszystkimi, genialnymi frazami i ozdobnikami, którymi nas zachwyca. Trzeba w tym miejscu zwrócić uwagę na teksty, mające przecież swoją ważność. Za każdym razem podporządkowuje im odpowiednie środki wyrazu, których ma w sobie niezmierzone bogactwo. Poszczególne, używane w danym momencie elementy się nakładają, albo następują po sobie, jakby miały swój naturalny rytm, nie tyle ustalony, co wyczuwalny chwila po chwili.
Lekkość jest kolejną cechą jej śpiewania. Nawet najtrudniejsze słowa potrafi oddać z właściwym nasyceniem emocjonalnym, by były zrozumiałe nie tylko dla miłośników jazzu. I tak, przechodzi od totalnej zabawy, poprzez energetyczne granie zespołu Groove Machine, do kolejnego zastanowienia, czy nawet modlitwy.
A propos Groove Machine. Wymieńmy w takim razie wszystkich, którzy wystąpili z Anną Serafińską: Rafał Stępień - instrumenty klawiszowe, programowanie, Michał Barański - gitara basowa, Andrzej Gondek - gitary, Cezary Konrad - perkusja, Ola Nowak i Kasia Deroń - chórek. To oni napędzają maszynę, aż trudno momentami nadążyć. Tym bardziej, gdy natychmiast się próbuje rozpoznać każdy pojedynczy dźwięk, który został zagrany albo zaśpiewany. Dobrze, że to zapis koncertu, do którego można ciągle powracać. Dzięki temu odnajdujemy wyraźny, coraz wyraźniejszy rytm, o którym pisałem. W końcu zaczyna nas wciągać tak samo, jak występujących na scenie. Wystarczy uruchomić wyobraźnię, aby zauważyć, że w jednym momencie Groove Machine kieruje poczynaniami Anny Serafińskiej, wpływa na wokalizy i decyduje o formie jej piosenek, innym razem dojść do przekonania, że dzieje się odwrotnie, gdyż to właśnie Serafińska wymusza na wszystkich odpowiednią interpretację.
Tymczasem siedzimy sobie na widowni, z jednej strony poznając dobrze nam znaną, poetycką naturę Anny Serafińskiej, z drugiej zaczynając jeszcze bardziej doceniać jej możliwości wokalne, a także różnorodność interpretacji, którymi przekonuje za każdym razem.
Z niecierpliwością więc czekam na kolejne koncerty, obiecując, że na pewno się wybiorę i opiszę na moim blogu o muzyce live: www.etherjazzu.pl.
Nie ma wątpliwości, że Groove Machine wymyka się regułom jazzu, choćby zaskakując gitarowymi, rockowymi riffami. Zresztą, Anna Serafińska przyznała, że mam rację w tym stwierdzeniu, o czym można usłyszeć w pierwszym, zamieszczonym tutaj wywiadzie. Niezaprzeczalnie, można odnaleźć w tych piosenkach energię zapożyczoną z wielu gatunków. Jednak, najważniejsze się wydaje odczuwalne, klasyczne podejście Anny Serafińskiej do samej piosenki. Bo jej piosenka w dalszym ciągu pozostaje w swojej istocie piosenką- za co dziękuję, pani Aniu.

Chcesz dostawać info o nowych wpisach?