Od razu stanowczo zaprzeczę, gdyby ktoś wyraził przypuszczenie, że zdecydowałem się opisywać najnowszą płytę Anny Serafińskiej pod wpływem jakiegoś niewyjaśnionego nacisku, albo nałożonych na mnie tortur - w myśl stwierdzenia, że przecież nie można inaczej wytłumaczyć narażania się szanownej pani profesor, której autorytatywna opinia kształtuje prawdziwe osobowości wokalne w naszym kraju. Tak, zdaję sobie sprawę, że mogę podpaść nie tylko wybitnej pedagog, ale również wokalistce jazzowej, która została wielokrotnie doceniona i nagradzana w kraju i za granicą. Ale proszę mi wierzyć, że robię to z własnej i nieprzymuszonej woli, chyląc czoła przed osobowością Anny Serafińskiej, z nadzieję, że zostanie mi wybaczona śmiałość i doceniona uległość wobec śpiewanych przez nią piosenek. Na moje usprawiedliwienie przypomnę, że muzykę odbieram intuicyjnie, skupiając się przede wszystkim na emocjach, które towarzyszą człowiekowi podczas jej słuchania. Jeśli ich nie ma, nie mam o czym pisać na blogu. A skoro się pojawiają, to jak tu milczeć.
Lekkość jest kolejną cechą jej śpiewania. Nawet najtrudniejsze słowa potrafi oddać z właściwym nasyceniem emocjonalnym, by były zrozumiałe nie tylko dla miłośników jazzu. I tak, przechodzi od totalnej zabawy, poprzez energetyczne granie zespołu Groove Machine, do kolejnego zastanowienia, czy nawet modlitwy.
Tymczasem siedzimy sobie na widowni, z jednej strony poznając dobrze nam znaną, poetycką naturę Anny Serafińskiej, z drugiej zaczynając jeszcze bardziej doceniać jej możliwości wokalne, a także różnorodność interpretacji, którymi przekonuje za każdym razem.
Z niecierpliwością więc czekam na kolejne koncerty, obiecując, że na pewno się wybiorę i opiszę na moim blogu o muzyce live: www.etherjazzu.pl.
