Formuła Jeden mnie nudzi. Wyścigi na jedynym polskim torze mnie męczą. Męczy atmosfera nadęcia i udawania, której jednocześnie towarzyszy moda na wiejskie szorty i chodzenie w klapkach. Atmosfera przesączona animozjami, nerwami i protestami. Przykro mi, tak to widzę.
REKLAMA
Jest jednak w Polsce gatunek samochodowego sportu, który mnie nie irytuje. Odkryłem to w październikowy weekend na torze w Kielcach. Classicauto Cup jest serią zawodów, wymyślonych przez redakcję miesięcznika Classicauto, w których mierzą się ze sobą, podzieleni na grupy i klasy, kierowcy kochający samochody powstałe w epoce, gdy bardziej liczyły się umiejętności gościa za kierownicą od sprawności programisty w biurze konstrukcyjnym.
Tu spotykają się sędziwe Skody, Fiaty 125p i Polonezy z potężnymi Mercedesami o silnikach V-8, Fordami Mustangami tudzież wozami Porsche rozmaitej maści. W powietrzu snuje się mgiełka lekko niedopalonych węglowodorów, a silniki brzmią niczym strojąca się przed koncertem orkiestra symfoniczna. Auta grupami ciągną na tor, by pojedynczo startować do walki z bezlitosnym systemem pomiaru czasu. Aby wyniki były sprawiedliwe, wprowadzono specjalne przeliczniki, premiujące auta potencjalnie wolniejsze i trudniejsze w prowadzeniu.
To, co najbardziej przypadło do gustu mnie, dinozaurowi motorsportu, to przyjazna atmosfera. Uśmiech, skinienie głową, odwiedzanie konkurentów i przepełnione znajomością tematu dyskusje. Nawiązywanie nowych znajomości i dzielenie się wiedzą historyczną. Dziesiątki kolorowych samochodów, dzięki którym, oraz dzięki których właścicielom, ani przez chwilę nie jest nudno. Nikomu nie brak poczucia humoru i dystansu do siebie, a to rzadkość.
Wiem już na pewno, że to jedna z największych przyjemności, jakie można sobie zafundować, nie zdejmując ubrania, i że na pewno pojawię się na tych zawodach w przyszłym sezonie.
