Zespół o jednej z najtrudniejszych do wymówienia nazw na dzisiejszej amerykańskiej scenie alternatywnej powraca z nową płytą: refleksyjną, pełną zadumy i bardzo ładną zarazem.
REKLAMA
Waxahatchee to słowo z języka pierwotnych mieszkańców Ameryki Południowej, Indian. Choć oni sami zostali niemal doszczętnie wymordowani przez nowych mieszkańców kontynentu za pomocą różnych sposobów, zarówno wymyślnych – takich choćby jak pomysł, żeby niby w dobrej wierze dostarczyć im zakażone śmiertelnymi chorobami koce, jak i zupełnie banalnych, pamięć po nich zachowała się tu i ówdzie. Choćby w postaci tradycyjnych nazw geograficznych. I tak jest właśnie z Waxahatchee.
Dziś spotkać je można przede wszystkim w dwóch miejscach. Jedno – mające nieco odmienną pisownię: Waxahachie - to małe miasteczko w Teksasie, dziś nie wyróżniające się właściwie niczym szczególnym. Może tym, że niedaleko od niego, na pustkowiu, przy drodze, funkcjonuje jedno z ostatnich kin samochodowych – kiedyś były ich w Stanach setki, dziś zostały tylko nieliczne, traktowane jako urocza ciekawostka z przeszłości niż poważny sposób na oglądanie filmów. Słynne stało się tylko przez moment, kilkanaście lat temu – to właśnie tam miało powstać niezwykłe laboratorium: zderzacz hadronów. Zaczęto już nawet roboty budowlane, powstały pierwsze elementy infrastruktury, media zaczęły się rozpisywać o korzyściach, które może to przynieść dla miasta, dla USA i dla całego świata. Ale koniec końców skończyły się pieniądze, nie było chętnych do inwestowania w ten projekt i koniec końców zderzacz powstał w Cernie w Szwajcarii, jako ważny element europejskiej sieci badawczej.
Drugie Wahatachee to niewielka rzeka czy może raczej większy potok w Alabamie. Słynny przede wszystkim dlatego, że to właśnie od niego zaczerpnęła nazwę swojego projektu młoda amerykańska singer/songwriterka, Katie Crutchfield. To siostra Allison Crutchfield, liderki indie punkowego zespołu Swearin’, nic więc dziwnego, że oba projekty są bardzo mocno powiązane personalnie – swoje piosenki Katie nagrywa sama w domu, we własnej sypialni, ale kiedy jedzie na trasę koncertową, zaprasza muzyków Swearin’ do odgrywania partii poszczególnych instrumentów.
Pod szyldem Waxahatchee właśnie ukazała się nowa płyta, już trzecia w dyskografii artystki. Album nazywa się „Ivy Tripp” i jest pierwszym, który Crutchfield wydała w większej wytwórni – spod skrzydeł hołubionej przez amerykańską blogosferę oficyny Don Giovanni Records, która wydała jej poprzednie albumy: „American Weekend” i „Cerulean Salt”, przeszła do znacznie większego wydawcy: Wichita i Merge Records.
Album pełen jest wyciszonych, wycofanych, pełnych zadumy piosenek, w których królują łagodne brzmienia i delikatne melodie, w których sporo jest może nie smutku, ale co najmniej zamyślenia i refleksji. „Ivy Tripp” jest z pewnością mocnym powodem, żeby zapamiętać trudną do wymówienia nazwę projektu Crutchfield.
Dziś spotkać je można przede wszystkim w dwóch miejscach. Jedno – mające nieco odmienną pisownię: Waxahachie - to małe miasteczko w Teksasie, dziś nie wyróżniające się właściwie niczym szczególnym. Może tym, że niedaleko od niego, na pustkowiu, przy drodze, funkcjonuje jedno z ostatnich kin samochodowych – kiedyś były ich w Stanach setki, dziś zostały tylko nieliczne, traktowane jako urocza ciekawostka z przeszłości niż poważny sposób na oglądanie filmów. Słynne stało się tylko przez moment, kilkanaście lat temu – to właśnie tam miało powstać niezwykłe laboratorium: zderzacz hadronów. Zaczęto już nawet roboty budowlane, powstały pierwsze elementy infrastruktury, media zaczęły się rozpisywać o korzyściach, które może to przynieść dla miasta, dla USA i dla całego świata. Ale koniec końców skończyły się pieniądze, nie było chętnych do inwestowania w ten projekt i koniec końców zderzacz powstał w Cernie w Szwajcarii, jako ważny element europejskiej sieci badawczej.
Drugie Wahatachee to niewielka rzeka czy może raczej większy potok w Alabamie. Słynny przede wszystkim dlatego, że to właśnie od niego zaczerpnęła nazwę swojego projektu młoda amerykańska singer/songwriterka, Katie Crutchfield. To siostra Allison Crutchfield, liderki indie punkowego zespołu Swearin’, nic więc dziwnego, że oba projekty są bardzo mocno powiązane personalnie – swoje piosenki Katie nagrywa sama w domu, we własnej sypialni, ale kiedy jedzie na trasę koncertową, zaprasza muzyków Swearin’ do odgrywania partii poszczególnych instrumentów.
Pod szyldem Waxahatchee właśnie ukazała się nowa płyta, już trzecia w dyskografii artystki. Album nazywa się „Ivy Tripp” i jest pierwszym, który Crutchfield wydała w większej wytwórni – spod skrzydeł hołubionej przez amerykańską blogosferę oficyny Don Giovanni Records, która wydała jej poprzednie albumy: „American Weekend” i „Cerulean Salt”, przeszła do znacznie większego wydawcy: Wichita i Merge Records.
Album pełen jest wyciszonych, wycofanych, pełnych zadumy piosenek, w których królują łagodne brzmienia i delikatne melodie, w których sporo jest może nie smutku, ale co najmniej zamyślenia i refleksji. „Ivy Tripp” jest z pewnością mocnym powodem, żeby zapamiętać trudną do wymówienia nazwę projektu Crutchfield.
