Klasycy nowojorskiego hard core’a powrócili. A ta piosenka jest znakomitym pretekstem do mieszanych uczuć, jakie budzi dziś ich twórczość.
REKLAMA
O znaczeniu tego zespołu nie trzeba przekonywać nikogo, kto ma choćby podstawową wiedzę na temat historii sceny niezależnej. Agnostic Front to prawdziwy klasyk nowojorskiego hard core’a, zespół z kilkoma absolutnie kanonicznymi piosenkami i płytami w dorobku, bezdyskusyjna ikona specyficznej odmiany muzyki hard core’owej, charakterystycznej właśnie dla sceny nowojorskiej. Swoje najważniejsze utwory zespół nagrał w latach osiemdziesiątych, potem przez jakiś czas nie istniał, aż wreszcie powrócił i z powodzeniem istnieje do dziś, regularnie nagrywając płyty i objeżdżając świat w ramach kolejnych tras koncertowych.
Najnowszy album firmowany przez nowojorską formację, wydana właśnie płyta „The American Dream Died”, okazała się nader ciekawa - nie wejdzie z pewnością na listę lektur obowiązkowych w dyskografii tej grupy, ale też z pewnością nie jest materiałem wymęczonym przez wiekowych muzyków tylko po to, żeby po raz kolejny zmusić fanów do sięgnięcia po portfel. Jest na niej sporo energii, sporo ciekawych pomysłów, sporo materiału, który w żaden sposób nie przynosi wstydu członkom zespołu.
Jest na niej także - tak jak w przypadku wszystkich najnowszych płyt Agnostic Front - piosenka daleka od hard core’owej ostrości i radykalnego politycznego przekazu całej reszty materiału. Prawdziwy street-punkowy przebój, idealny do śpiewania na koncercie wraz z członkami grupy. Tym razem to utwór zatytułowany „Old New York”, opowiadający o tym, jak zmienia się rodzinne miasto muzyków zespołu i jak bardzo tęsknią oni za jego dawnym obliczem. I już samo to może być nieco dyskusyjne - bo, owszem, Nowy Jork z lat siedemdziesiątych to miasto-legenda, ale duże miejsce w tej legendzie zajmuje przemoc, dyskryminacja, ogromne podziały społeczne. Sami muzycy przyznają, że na każdym kroku czuli wówczas strach i napięcie, a bycie punkowcem w tamtym Nowym Jorku było naprawdę niebezpieczne. A czy wspomnienia czasów, kiedy na każdym kroku można dostać w twarz, zostać okradzionym czy wręcz zastrzelonym, naprawdę budzą dużą nostalgię?
Tak czy owak - nie sposób nie poddać się zaraźliwej przebojowości tej piosenki, nie przyznać, jak bardzo jest ona chwytliwa. I krzyczeć z wokalistą grupy na koncertach, jak bardzo tęskni się za Nowym Jorkiem sprzed lat.
Inna rzecz - jeszcze bardziej dyskusyjna - to dzisiejsza forma koncertowa grupy. Można się było o niej przekonać podczas niedawnej wizyty Amerykanów w Polsce. Rzecz wygląda mniej więcej tak, że Roger Miret i Vinnie Stigma, członkowie dawnego składu zespołu, dobrali sobie młodych i sprawnych współpracowników, którzy odwalają za nich na scenie całą robotę. A oni sami mogą się spokojnie lansować, robić miny i zbierać zaszczyty. Szczególnie widać to w przypadku Stigmy, który zamiast grać na gitarze skupia się raczej na pajacowaniu: pozowaniu do zdjęć, przybijaniu piątek z widzami i wywijaniu na scenie przedziwnych hołubców. Efekt jest taki, że stojąc pod sceną ma się wrażenie, że ważna legenda spotyka się z mało zabawnym cyrkiem - z dużą szkodą dla tej legendy.
Najnowszy album firmowany przez nowojorską formację, wydana właśnie płyta „The American Dream Died”, okazała się nader ciekawa - nie wejdzie z pewnością na listę lektur obowiązkowych w dyskografii tej grupy, ale też z pewnością nie jest materiałem wymęczonym przez wiekowych muzyków tylko po to, żeby po raz kolejny zmusić fanów do sięgnięcia po portfel. Jest na niej sporo energii, sporo ciekawych pomysłów, sporo materiału, który w żaden sposób nie przynosi wstydu członkom zespołu.
Jest na niej także - tak jak w przypadku wszystkich najnowszych płyt Agnostic Front - piosenka daleka od hard core’owej ostrości i radykalnego politycznego przekazu całej reszty materiału. Prawdziwy street-punkowy przebój, idealny do śpiewania na koncercie wraz z członkami grupy. Tym razem to utwór zatytułowany „Old New York”, opowiadający o tym, jak zmienia się rodzinne miasto muzyków zespołu i jak bardzo tęsknią oni za jego dawnym obliczem. I już samo to może być nieco dyskusyjne - bo, owszem, Nowy Jork z lat siedemdziesiątych to miasto-legenda, ale duże miejsce w tej legendzie zajmuje przemoc, dyskryminacja, ogromne podziały społeczne. Sami muzycy przyznają, że na każdym kroku czuli wówczas strach i napięcie, a bycie punkowcem w tamtym Nowym Jorku było naprawdę niebezpieczne. A czy wspomnienia czasów, kiedy na każdym kroku można dostać w twarz, zostać okradzionym czy wręcz zastrzelonym, naprawdę budzą dużą nostalgię?
Tak czy owak - nie sposób nie poddać się zaraźliwej przebojowości tej piosenki, nie przyznać, jak bardzo jest ona chwytliwa. I krzyczeć z wokalistą grupy na koncertach, jak bardzo tęskni się za Nowym Jorkiem sprzed lat.
Inna rzecz - jeszcze bardziej dyskusyjna - to dzisiejsza forma koncertowa grupy. Można się było o niej przekonać podczas niedawnej wizyty Amerykanów w Polsce. Rzecz wygląda mniej więcej tak, że Roger Miret i Vinnie Stigma, członkowie dawnego składu zespołu, dobrali sobie młodych i sprawnych współpracowników, którzy odwalają za nich na scenie całą robotę. A oni sami mogą się spokojnie lansować, robić miny i zbierać zaszczyty. Szczególnie widać to w przypadku Stigmy, który zamiast grać na gitarze skupia się raczej na pajacowaniu: pozowaniu do zdjęć, przybijaniu piątek z widzami i wywijaniu na scenie przedziwnych hołubców. Efekt jest taki, że stojąc pod sceną ma się wrażenie, że ważna legenda spotyka się z mało zabawnym cyrkiem - z dużą szkodą dla tej legendy.
