
My home is my castle. Te słowa powtarzamy urządzając swe mieszkania. Chcemy mieszkać wygodnie, bo cenimy sobie komfort. I nie różnimy się pod tym względem niczym od naszych przodków. Oni też lubili wygodę, mieli tylko nieco uboższe środki do jej zapewnienia.
REKLAMA
Kiedy mówimy dawnym domu wyobrażamy sobie staropolski dworek rodem z Pana Tadeusza. Salon, pokój jadalny, pokoje gościnne, gabinet pana domu i pomieszczenia dla służby. Trudno nam sobie wyobrazić, że przed epoką dworków szlacheckich, czy wygodnych kamienic patrycjatu ludzie mieszkali w warunkach, które dziś uznalibyśmy za slumsowe.
Historia domu zbiega się z historią wynalazków, kształtujących potrzeby ludzkie. W średniowieczu posiadanie własnego, niezależnego pokoju było niewyobrażalnym luksusem, dziś jest to rzecz normalna. Prywatność, jaką sobie cenimy, była możliwa dzięki rozwojowi techniki ogrzewania i oświetlenia. Na pierwszy rzut oka jest to oczywista oczywistość, czy jednak na pewno zdajemy sobie z niej sprawę?
Witold Rybczyński opisuje ewolucje domu daleko wykraczając poza wykonywany przez siebie zawód architekta. Jest on typowym człowiekiem renesansu, który pisząc o swej pasji analizuje malarstwo, bogate w architekturę domową i literackie opisy. Nie unika też analizy wpływów religijnych na kształt domów w bliskich przecież społeczeństwach europejskich podzielonych religijnie i atmosferycznie. Różnice pomiędzy kamienicami w Niderlandach, Paryżu, Norwegii czy Anglii poddane zostały tak dogłębnej analizie, że w czasie lektury odnosi się wrażenie, że książkę tą pisał historyk socjologii. Z tego więc względu książka będzie ciekawa dla każdego czytelnika, choć zapewne urządzający mieszkania będą po nią sięgać z nieco większym zainteresowaniem, a ci, którzy cenią sobie rozrywkę będą czytać Rybczyńskiego, bawiąc się przy nieco anegdotycznych opisach choćby nietypowego odkurzacza uruchamianego siłą mięśni nóg osoby sprzątającej.
Jeśli dodamy do tego piękno języka, jakim książka została napisana, uświadomimy sobie, że przy okazji „Krótkiej historii idei” otrzymujemy prawdziwą ucztę językową. Wszak i o to nam chodzi, kiedy sięgamy po książkę?
