
Polscy żołnierze w Iraku. Temat niekończących się sporów, w którym skrajny idealizm ściera się często ze skrajnym cynizmem i populizmem. Miały być przyczynkiem do poszerzenia ekonomicznych i politycznych wpływów Polski, sami żołnierze widzieli zaś w nich szansę na przeżycie przygody, sprawdzenia nabytych umiejętności, a także, co wielu skrzętnie urywało, zarobienia stosunkowo niezłych pieniędzy. Nie wiedzieli, że trafią na wojnę, w której przeciwnika pokonać nie sposób. Wykonali swoje zadanie, lecz czy mogą nazwać się zwycięzcami?
REKLAMA
Wiosną 2004 roku islamska Armia Mahdiego dokonała zmasowanego ataku na posterunki wojskowe w kontrolowanej przez nasze wojska strefie stabilizacyjnej. Rozumowanie Muktady As-Sadra było logiczne- należy uderzyć w najsłabsze ogniwo scalające cały okupowany Irak. Ogniwem tym miała być polska strefa. Rozumowanie to, oczywiście nie było pozbawione sensu. Polacy od czasu II wojny światowej nie toczyli żadnych walk, ich wyposażenie, a także logistyka dalekie były od doskonałości. Rebelianci wykorzystali efekt zaskoczenia zajmując po kolei wszystkie najważniejsze miasta regionu, łącznie z miastem Karbala, w polskich rękach pozostał jedynie ratusz miejski w Karbali i właśnie o ten budynek miały się toczyć zacięte walki.
Sama bitwa przypominała jatkę. W ciągu trzech kolejnych dni żołnierze odpierali kolejne szturmy szatkując karabinów maszynowych atakujących. Straty atakujących wynosiły, według różnych relacji od 80 do 200 ludzi, po stronie obrońców nie było poległych. Plastyczny opis walk, według relacji obrońców nie pozostawiał złudzeń- wojska polskie atakowane były przez fanatycznych, ale nieprzygotowanych fachowo bojowników. Dobrze wyszkolony i zachowujący zimną krew żołnierz miał się zetrzeć z grupą ochotników i awanturników otumanionych przez religijnego fanatyka. Jedynym atutem tych drugich mogło być jedynie zaskoczenie. Czy była to więc równa walka? Wydaje się, że Piotr Głuchowski i Marcin Górka nieco demonizują siły przeciwnika, chcąc tym samym przykryć bezkrwawe oddanie przez wojska polskie szeregu miast. W tym świetle przyjmuję książkę jako polską wersję Zielonych beretów, amerykańskiego filmu z 1968 roku. Oto polski żołnierz wykonuje do końca swe zadanie, zdradzony przez polityków i pozbawiony ochrony przez nieudolną WSI. Daremnie jest jednak szukać w książce cienia krytyki wobec polskiego dowództwa, czy refleksji nad amerykańską polityką w Iraku. A szkoda, bo książka mogła być czymś więcej niż resume powszechnie znanych informacji o polskim zaangażowaniu w Iraku, spisem poległych w Iraku, czy przepisaniem krytycznych wpisów na forach internetowych o opisanej w książce historii.
Tak, jestem pacyfistą i zawsze byłem przeciwnikiem polskiego zaangażowania w międzynarodowych konfliktach. Biorąc do ręki Karbalę spodziewałem się znaleźć swoisty rachunek zysków i strat, zawierający nie tylko dwadzieścia dwie śmiertelne ofiary misji w Iraku, ale też setek zniszczonych psychik weteranów wojennych i kalectw, nie tylko fizycznych.
Ale jedno trzeba przyznać. Książka wciąga i to bardzo.
