
Madame kieruje samochód w przeciwną stronę i zdaję sobie sprawę, że właśnie wyruszam polować na dom we Francji. Nie mam pieniędzy, nie znam języka i za pięć dni wyjeżdżam. Nie znam się na kupowaniu domów, ale chyba coś jest nie tak.
REKLAMA
To miały być zwykłe wakacje. Mark wyjechał ze swoją dziewczyną na dwa miesiące, aby w jakimś miłym zakątku móc przez całe lato popisać w spokoju. Traf chciał, że wybranka zdecydowała się na podróż do Bretanii. Co prawda wspomnienia Marka z pierwszej podróży do Francji nie należą do najlepszych, z własnej woli nigdy by tego kraju nie wybrał, ale z kobietami się nie dyskutuje.
Związek nie przetrwał, za to Mark Greenside wbrew wszelkiemu rozsądkowi decyduje się na kupno domu we francuskiej Irlandii. Znając język na poziomie „Ja Kuba chcieć zjeść krowa”, z pomocą Madame i Monsieur, którzy choć nie znają angielskiego, to wykazują się cierpliwością godną Syzyfa, Mark zamieszkuje w kraju pełnym absurdów.
„Nie będę Francuzem (choćbym nie wiem jak się starał)” to dowcipna historia o pierwszych latach spędzonych w Bretanii, próbach pogodzenia wyobrażeń o Francji z rzeczywistością. Kolejne zdumiewające odkrycia o sposobie codziennego funkcjonowania mieszkańców bawią zarówno Madame, która ze spokojem godnym podziwu pomaga Markowi w meandrach kruczków prawnych, jak i przede wszystkim czytelników, którzy uśmieją się do łez.
Co prawda można mieć wiele zarzutów co do książki. Trochę przegadana – ponad pół książki czytelnik jest raczony historią kupna domu- ok, należy uznać, że taki był zamysł autora. Mark Greenside sam spoileruje kolejne wydarzenia. No cóż, taka maniera pisania. Trzeba się przyzwyczaić.
Co prawda można mieć wiele zarzutów co do książki. Trochę przegadana – ponad pół książki czytelnik jest raczony historią kupna domu- ok, należy uznać, że taki był zamysł autora. Mark Greenside sam spoileruje kolejne wydarzenia. No cóż, taka maniera pisania. Trzeba się przyzwyczaić.
Z kolei czytelnik poszukujący informacji na temat Francji mocno się zawiedzie – to przede wszystkim anegdoty – zaś faktów jest jak na lekarstwo. Owszem, wspomniane są kolejne święta, dziwne obyczaje, ale zdecydowanie autor skupił się na ukazywaniu mentalności Francuzów. Informacji trzeba szukać gdzieś indziej.
Jednak „Nie będę Francuzem (choćbym nie wiem jak się starał)” to książka, po którą sięga się w cięższe dni na odstresowanie. Wtedy nie jest ważne, jakiego lotu jest powieść. Tak więc niech czytelnik przygotuje herbatę, znajdzie przytulne miejsce do czytania i weźmie do rąk książkę. Dobry humor po lekturze gwarantowany.
Marta Kraszewska
