Richard Flanagan
Klaśnięcie jednej dłoni
Richard Flanagan Klaśnięcie jednej dłoni Wydawnictwo Literackie

Pewnej zimowej nocy 1954 roku młoda kobieta bez słowa wychodzi z domu. Pomimo szalejącej na dworze śnieżycy i cichego głosiku córki wołającej „Mamo!”, rusza przed siebie, w mrok. Dziewczynka widzi ją po raz ostatni – Maria Buloh rozpływa się bez śladu, zaważając na całym życiu pozostawionej rodziny.

REKLAMA
Jej mąż szuka zapomnienia w alkoholu, próbując uwolnić się od wszystkiego – od bólu, od wspomnień o wojnie spędzonej w ojczystej Słowenii, wreszcie od poczucia bezsilności i rozpaczy, które z czasem przekuwa w przemoc wyrządzaną małej Sonji. Jej córka zaś nie potrafi odnaleźć się w normalnym świecie, nie mogąc stworzyć trwałych relacji z innymi ludźmi, wreszcie – będąc w ciąży, po latach powraca do ojca, by odnaleźć odpowiedzi na nigdy niezadawane pytania, w tym – czy jest w stanie urodzić dziecko.
„Klaśnięcie jednej dłoni” to kolejna genialnie napisana powieść Richarda Flanagana, który z niczego potrafi stworzyć historię niezapomnianą. Choć łatwiejsza w odbiorze od poprzednio wydanych w Polsce „Ścieżek północy”, nie jest jednak powieścią lekką – a dla osób nieznających żadnej innej powieści autora, może okazać się zbyt ciężka w lekturze . To w końcu książka o bólu, cierpieniu, przemocy domowej i nieobecnym rodzicu, który niczym demon unosi się nad bohaterami, nie pozwalając im na normalne funkcjonowanie.
„Imbryk i dzbanuszek, spodek i filiżanka na betonie. Porcelana, perłowo gładka z zewnątrz, ostra jak szkło i sucha jak śmierć, gdy stłuczona. Czy oni też się tak potłukli? Potłukli? Rozbity imbryk i dzbanuszek. Śpiew matki. Szloch ojca. Strzaskany spodek i filiżanka. Czy oni też się tak potłukli?”
Bohaterów książka ma w sumie trzech. Ojciec, matka, córka. Żadne z nich nie jest do końca bez winy, Richard Flanagan tak poprowadził historię, że każdy członek rodziny otrzymuje możliwość zabrania głosu – choćby sama scena odejścia Marii Buloh w ciemną noc jest skomentowana na trzy różne sposoby. Prócz tego autor odchodząc od wszystkich możliwych schematów pokazał, że nie wszystko jest tak oczywiste, jakby się mogło wydawać – co widać między innymi w opisanych – nota bene z wielką precyzją, ale i delikatnością – relacjach ojciec-córka.
Na każdym z imigrantów, na każdym z tych anonimowych pracowników Butlers Gorge, wojna odcisnęła swoje piętno, sprawiając, że nie potrafią żyć w obcym kraju, tak jakby tego chcieli. Wypowiadane wielokrotnie słowa o tym, że w Tasmanii mieli odnaleźć wolność, nie sprawdzają się. Wspomnienia wiszą w powietrzu, mimo że nie opowiadane przez nikogo. I choć Sonja jako jedyna nie doświadczyła terroru wojny bezpośrednie, jej widmo wpływa na jej życie – przez nieobecność matki, powodów zniknięcia może jedynie domniemywać, a także przez domowy terror urządzony jej przez ojca.
„Miłość to most. A bywają ciężary, co most pod nimi pęka.”
Wreszcie – to książka o miłości. Miłości trudnej bowiem obciążonej przeszłością, wydarzeniami, o których nie zawsze chce się pamiętać, które chciałoby się wymazać z pamięci. Miłości wielokrotnie wystawianej na próbę, testowanej, „czy jestem w stanie”. Miłości rodzicielskiej i miłości dziecka do rodzica, która przetrzyma wszystko.
Marta Kraszewska

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?