Jo Soares
Xango z Baker Street
Jo Soares Xango z Baker Street Wydawnictwo Rebis

Gdy pojawia się zagadka, trzeba wezwać detektywa. A że w Brazylii trudno w XIX wieku o specjalistę, nic dziwnego, że telegram z prośbą o pomoc od samego cesarza Piotra II trafia do znanego i cenionego detektywa Sherlocka Holmesa.

REKLAMA
Nie trudno zgadnąć, że Brytyjczyk postanawia rozwiązać zagadkę. Co prawda zadanie jest niezbyt wymagające – znaleźć cenne skrzypce Stradivariusa. Dlatego też nie tracąc czasu, angażuje się w drugie śledztwo i zamierza złapać także mordercę, który zabija młode kobiety, odcina im uszy, a na miejscu zbrodni zostawia struny ze skrzypiec. Wydaje się, że Sherlock Holmes przyjedzie, rzuci okiem i wypowie nazwisko winnego. No cóż - błąd.
Bo Soares w przeciwieństwie do większości autorów kontynuujących tworzenie historii o Holmesie, odbiegł od przedstawianego wszędzie wizerunku brytyjskiego detektywa. Jego Sherlock ma lepszy kontakt z otoczeniem, nie denerwując nikogo swoim intelektem, mało tego, ma ludzkie uczucia i odczuwając je, zachowuje się często nieporadnie. Widoczny to kontrast w porównaniu do pierwowzoru, gdzie u Doyle nie przejmuje się zbytnio czy kogoś zrani – któż nie pamięta o zaręczynach z niczego nie podejrzewającą pokojówką tylko po to, by zbliżyć się do przestępcy, którego chce wytropić? Co więcej, u Soaresa Holmes traci także przeważającą część swojego geniuszu. A nie tyle traci, co pisarz pokazuje na ile przypadkowy był geniusz Anglika – autor dowodzi, że większość wiedzy zawdzięcza mistrzom w swojej dziedzinie, brak zatem detektywa-samouka. Cóż ukryć, najmądrzejszą w tej książce osobą jest żona policjanta – prawdopodobnie nigdzie nie wykształcona, a jednak niejednokrotnie bijąca na głowę ekipę śledczą.
„Xangô z Baker Street” to ciekawy eksperyment literacki. Jô Soares bawi się znanym bohaterem i kpi z postaci Sherlocka Holmesa i nie każdemu przypadnie to do gustu. Owszem, sama koncepcja jest odświeżająca i jakże różna od choćby najnowszych serialowych kreacji mianowicie „Sherlocka” czy „Elementary”, ale w niektórych momentach Soares nieco przesadził. Sherlock Holmes, który nie potrafi zapanować nad sobą seksualnie, dający się przechytrzyć przez znudzonych arystokratów czy nigdy nie trafiający w swoich dedukcjach w sedno, to z pewnością zdenerwuje zagorzałych fanów detektywa tak jak lekko zniesmaczyły autorkę niniejszego tekstu.
Na szczęście Soares nadrabia innymi bohaterami. Wyróżnia się Sarah Bernhardt – bohaterka wzorowana na prawdziwej francuskiej aktorce, jednej z najbardziej znanych w owych czasach artystce. Błyskotliwa, potrafiąca wybrnąć z jakiejkolwiek niezręcznej sytuacji z łatwością. A do tego jedna z dwóch wyróżniających się bohaterek, która ma jakiś charakter. Warto zwrócić także uwagę na cesarza Piotra II, o którym więcej się słyszy i bardziej się go kojarzy – „ah tak, to ten krewny cesarzowej Sisi” – niż rzeczywiście się coś o nim wie. Ciekawie poznać jego sylwetkę, choć jak wiadomo większość zdarzeń z jego udziałem jest stworzona na potrzeby książki.
„Xangô z Baker Street” to oryginalny pomysł, który jednym przypadnie do gustu, innych zniechęci na zawsze do Soaresa. Warto się przekonać czy akurat ten Sherlock Holmes jest tym wizerunkiem, którego się poszukiwało. Jeśli nie – to cóż, przynajmniej pozna się nieco lepiej brazylijską kulturę i dowie się jakiego jedzenia należy unikać.
Marta Kraszewska

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?