
Rosemary o swoim rodzeństwie nigdy nie wspomina. Na studiach udaje, że jest jedynaczką, podczas rodzinnych spotkań nie wymienia ich imion i wydaje się, że zapomniała o nich. Ale wystarczy jedno nadzwyczaj niespodziewane wydarzenie, by uruchomić lawinę wspomnień i zmusić ją, by raz jeszcze sprawdziła, co się właściwie stało.
REKLAMA
Najpierw zniknęła Fern – jej rówieśniczka, gdy Rosemary miała zaledwie pięć lat. Kiedy skończyła jedenaście, z domu wyszedł i już nigdy nie wrócił, siedemnastoletni Lowell. Te dwa imiona są niczym rana, której nikt z rodziny nie chce rozdrapywać, także sama narratorka opowieści, dlatego rodzeństwo stosunkowo późno pojawia się w myślach Rosemary, tak jak u każdego, gdyby ni stąd ni zowąd dana postać ukazała się na horyzoncie – i choć niechciani, trafiają do jej myśli.
.
„Nie posiadamy się ze szczęścia” to powieść o relacjach. O wszelkich odcieniach emocji - miłości czy nienawiści, które – obojętnie czy są udziałem ludzi czy też zwierząt – są równie ważne, z których wywodzi się jedynie pragnienie bycia w danej społeczności, akceptacji przez grupę.
To także świetny zapis tego, jak działa umysł – wspomnienia mieszają się ze sobą, w którymś momencie nie wiadomo, co jest prawdą, a co stworzoną na potrzeby człowieka projekcją. Dzięki temu książka wciąga mocniej niż gdyby posiadała normalną narrację – wydarzenia nie pasują do siebie, czas skacze, a czytelnik po pierwszym zaskoczeniu pragnie dowiedzieć się więcej.
Jedną z największych zalet tej książki jest jej język. Dowcipny, często cięty i z przymrużeniem oka sprawia, że nawet gdy akcja zwalnia, nie pozwala czytelnikowi na nudę lub co gorsza, na oderwanie się od lektury, bowiem cieszy sama możliwość obcowania z tego typu narracją, która ani przez chwilę nie jest wymuszona.
Nazwisko Karen Joy Fowler – autorki znanej z „Klubu miłośników Jane Austen” - może wywoływać podejrzliwość. Jej dorobek również nie brzmi zachęcająco, dlatego do „Nie posiadamy się ze szczęścia” z początku podchodzi się z daleko idącą ostrożnością. I choć pierwszych kilka stron zapowiada, że rzeczywiście, będzie źle, to lektura rozwiewa wątpliwości, wciągając czytelnika bez reszty.
„Nie posiadamy się ze szczęścia” jest książką ze wszech miar satysfakcjonującą. Widać, że została przemyślana – autorka przyznaje w wywiadach, co było dla niej inspiracją i ile poświęciła czasu na zbadanie tematu. To widać w powieści, a w połączeniu z całą gamą emocji przeżywanych zarówno przez bohaterów, jak i samą pisarkę podczas tworzenia historii – składa się na książkę niemalże idealną.
Nie dziwią zatem nagrody, które powieść otrzymała. Zarówno nominacja do Nagrody Bookera w 2014 czy wygrana Nagroda Faulknera są w pełni uzasadnione. Teraz należy mieć tylko nadzieję, że Karen Joy Fowler utrzyma poziom „Nie posiadamy się ze szczęścia”, bo niestety poprzednie książki nie zachęcają do lektury.
Marta Kraszewska
