
„Dziennik nie jest po to, żebym przedstawiał siebie, jeżeli ta nieokreślona i pozbawiona konturów istota – ja sam – powracającego w świecie chaosu.”
REKLAMA
Pisarz nie może żyć i tworzyć w oderwaniu od otaczającej go rzeczywistości. To ona, a raczej warunki, w jakich żyje pisarz, przenosi się na karty książki, tworzy jej klimat i przesłanie. Oczywiście od znanego i uznanego w świecie literackim Twórcy wymagamy więcej. Chcemy, by tworzył stale niezapomniane dzieła, zwłaszcza, jeśli został uhonorowany nagrodą najważniejszą- literackim Noblem. Nagroda Nobla, jak sam stwierdził na kartach „Ostatniej gospody” Imre Kertesz, jest właściwie śmiercią literata. Obłęd Nobla, wokół wszyscy uzasadniają swoje poglądy o tym, czy dany pisarz zasługuje, czy nie na tę nagrodę, każdy też ma swoje wytłumaczenie powodów przyznania też nagrody. Do tego życie po Noblu wydaje się być koszmarem. Czytelnicy zdają się szukać w twórczości czegoś genialnego, a nie znajdując niczego takiego, zasilają rzesze krytyków. Z drugiej strony barykady stoją Ci bezkrytyczni, którym Nagroda zastępuje trzeźwy osąd prozy.
W takim noblowskim galimatiasie znalazł się w 2002 roku Imre Kertesz. Jak żyć po Noblu, zastanawia się Autor, który dla wielu Węgrów stał się wrogiem publicznym numer jeden po tym, jak przypominał o zaangażowaniu Strzałokrzyżowców w Holokaust. Trzeba żyć dalej, znosząc zupełny brak anonimowości, czytając wiele niepochlebnych opinii, czy irytujących zaszufladkowań. Czasem, kiedy pada złośliwe pytanie o to, jak ocalony z Holokaustu może mieszkać wśród Niemców, pozostaje jedynie równie kąśliwa opinia, że może być to równie niedogodne jak mieszkanie wśród Węgrów.
Bowiem właśnie Holokaust ukształtował Kertesza jako pisarza i zniszczył jako człowieka. I człowiek ten, na kilka lat przed swoją śmiercią zastanawia się, czy w jej godzinie, w godzinie śmierci uzyska taryfę ulgową z tego choćby powodu, że właściwie nigdy nie żył.
