
Propaganda. To stare jak świat określenie oznacza działanie zmierzające do ukształtowania poglądów i zachowań określonej społeczności. Manipulacja intelektualna i emocjonalna ma wywołać strach i niechęć do ludzi mających i wyrażających inny pogląd na sytuację polityczną, gospodarczą i społeczną. Ofiarami propagandy są nie tylko ludzie atakowani, do jej ofiar należą również ci, którym takowa zrobiła intelektualne pranie mózgu, pozbawiając nie tylko obiektywizmu, ale nawet zdolności logicznego myślenia.
REKLAMA
Nie bójmy się powiedzieć jednego. U podstaw propagandy leży pogarda. Tak, propagandziści pogardzają odbiorcami swoich słów zmuszając ich do przyjęcia tylko jednej racji za prawdziwą. Moja prawda jest bardziej mojsza niż Twoja, jak szydził w jednym z filmów Koterski, ma wywołać podział na dwa wrogie sobie obozy. Nie wierzysz partii? Jesteś wrogiem. Masz inne zdanie, lub, co gorsza, chcesz żyć według własnego kodeksu? To nic, że nie szkodzisz innym, jesteś wrogiem, nie tylko kulturowym, ale też etnicznym. Skoro jesteś innym, nie jesteś z nami, skoro nie jesteś z nami, jesteś przeciw nam, a skoro tak, to jesteś śmiertelnym wrogiem, którego należy zniszczyć. To nic, że w normalnych okolicznościach piłbyś wódkę wraz z tymi, którzy uważają Cię za wroga, to nic, że wraz z nimi znosisz trudy codzienności, to nic, że również masz kredyt, kiepsko płatną pracę. Skoro masz inne poglądy jesteś oderwanym od koryta burżujem, wrogiem ludu na pasku obcych mocarstw, lub finansowanym przez tajemniczego bankiera. Jesteś wrogiem.
Pisane przez dwadzieścia lat krytyczne recenzje używanych przez propagandę określeń, stały się remedium na ich złowrogi wpływ na masy. Michał Głowiński zdawał sobie sprawę z tego, że jego przemyślenia nie mogły ukazać się na rynku wydawniczym PRL. Profesor nazywał w nich bowiem rzeczy po imieniu, początkowo bawiąc się słowem, jakby szukał w pisaniu sposobu odreagowania na ból, jaki zadawała mu zła mowa. Z czasem jednak się to zmieniło. Autor poważnie potraktował swoje przemyślenia, jakby zaczął mieć świadomość, że staną się one potrzebne nie tylko dla pokolenia pamiętającego okres PRL. Dziennik telewizyjny, codzienna prasa, radio czy uliczne afisze stały się dla Profesora pretekstem do coraz to głębszych analiz. Na kartach książki znajdziemy nazwiska, które można by ułożyć w swoistą listę hańby, listę ludzi, którzy starali się dokonać podziału wśród Polaków. Czytając przemyślenia Głowińskiego, z przerażeniem odkrywamy niestety, że stare do nas powraca i to w tym samym kształcie.
Propagandzista boi się zdemaskowania narzędzi, za pomocą których stara się oddziaływać na opinię publiczną. Zdemaskowany propagandzista staje się niewiarygodny. Czytając dziennik demaskatorski miałem wrażenie, że wbrew słowom Heraklitowskiemu panta rhei, historia zatoczyła krąg i oto znowu wracają te same jak przed czterdziestu laty, argumenty, którymi bombarduje nas rządowa telewizja. Prymitywizm, któremu staraliśmy się wszyscy dać odpór, znowu powraca i to bez użycia białych rękawiczek, których starali się używać propagandziści stanu wojennego. Świadomość tego przeraża, ale też niezbyt dobrze świadczy o odbiorcach tej żenującej intelektualnie papki.
Smutne, ale jakże prawdziwe. Tym samym książka Głowińskiego staje się lekturą obowiązkową dla tych, którzy szanują swój intelekt.
