Robert Bryndza "Dziewczyna w lodzie"
Robert Bryndza "Dziewczyna w lodzie" Wyd. Filia

REKLAMA
Pewnego mroźnego zimowego dnia w muzealnym parku pracownik odkrywa zwłoki młodej i pięknej kobiety. Ofiarą okazuje się znana z pierwszych stron tabloidów Andrea Douglas-Brown, zaś do sprawy zostaje przydzielona detektyw Erika Foster, dla której jest to pierwsze po dłuższej przerwie śledztwo. Choć wszyscy zdają się jej utrudniać pracę, detektyw szybko odkrywa, że Andrea nie jest jedyną ofiarą.
Akcja rozkręca się powoli. Andrea znika, potem znajdują jej ciało, Erika próbuje prowadzić sprawę, mając przeciwko sobie niemalże cały komisariat i rodzinę ofiary. Stopniowo śledztwo przyspiesza – jednak nie gna na łeb na szyję - gdy Bryndza decyduje się na prowadzenie narracji dwutorowo – jedną przez wszechwiedzącego narratora, który obserwuje sprawę detektyw Foster i drugą przez tajemniczego mordercę, który nie ujawniając się, podąża krok w krok za główną bohaterką.
Dla Roberta Bryndzy „Dziewczyna w lodzie” to debiut jeśli chodzi o powieść kryminalną [ma na koncie już kilka romansów], ale widać, że już się rozkręcił na dobre – trzecia część przygód detektyw Foster wychodzi jesienią w Wielkiej Brytanii. Sam autor jest Brytyjczykiem mieszkającym na Słowacji, choć z pewnością musi mieć korzenie w jakimś z krajów Europy Wschodniej – zresztą, chyba musi tak być, bo Bryndza obsesyjnie umieszcza w powieści bohaterów, którzy wywodzą się z państw byłego Związku Radzieckiego, ciągle ukazując niechęć i uprzedzenia Brytyjczyków w stosunku do imigrantów.
To też jeden z wątków „Dziewczyny w lodzie”, choć ważniejsza dla samej akcji jest mocno już zużyty motyw walki klas – bogaci przeciwko biednym. Rodzina ofiary, Douglasowie-Brown to jedna z tych wysoko uprzywilejowanych rodzin, które z połową rządy są na ty, a dzieci wychowywane są przez nianie kontra detektyw Foster, imigrantka, pochodząca z dołów. Mimo że to jak ta walka będzie wyglądać wiadomo z góry, można też z łatwością domyślić się, jak się ona skończy, to jednak nie jest szablonowym odwzorowaniem schematu – autorowi wielkie dzięki za to, że darował sobie dowartościowywanie bohaterów z dołu społecznego i wynagradzanie mu poniesionych z powodu elit krzywd.
Co jeszcze można zapisać autorowi na plus, to zagadka. Przez trzy czwarte książki przekonana, że rozgryzłam autora, byłam zła, o to, kogo wybrał na swego mordercę – choć byłoby to rozwiązanie logiczne. Na koniec jednak Robert Bryndza odkrył wszystkie swoje karty i okazało się, że całkowicie mnie zaskoczył. I to nie chodzi o to, że wyciągnął królika z kapelusza i znikąd znalazł mordercę – bo to byłoby proste i tanie zagranie, ale o to, w jak umiejętny sposób podsunął czytelnikowi błędny trop, sugerując mu coś, co się nie wydarzyło, jednocześnie jednak w żadnym momencie nie okłamując go jednak. To sprawia, że choć sama zagadka nie jest jakoś szczególnie interesująca i możliwe, że za kilka miesięcy nie będę pamiętać, o co chodziło, to lektura przysparza wiele rozrywki.
„Dziewczyna w lodzie” pozwala na wzięcie głębokiego oddechu przez tych czytelników, którzy wolą czytać kryminały, a w obecnym zalewie kryminału skandynawskiego, skazani są czytanie elaboratów o kwestiach społecznych, by móc obcować z wątkiem dotyczącym stricte śledztwa, a nie życia detektywów. Bryndza skupia się na morderstwie i bardzo dobrze – czasem lepiej przedstawiać historię śledczego stopniowo – zwłaszcza w przypadku serii – by czytelnik nie miał dość głównego bohatera przy trzeciej książce. A tak, chyba większość odbiorców pierwszej części cyklu „DCI: Erika Foster” , z przyjemnością sięgną po drugi tom, by móc znów śledzić poczynania utalentowanej pani detektyw.
Marta Kraszewska

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?