
REKLAMA
Istnieje chyba jakaś niepisana zasada wśród pisarzy – szczególnie tych zajmujących się kryminałami – która głosi, że nie można nie mieć na swoim koncie choć jednej powieści o tematyce świątecznej. Horst dołączył do grona autorów wyznających tę regułę i na te święta sprezentował czytelnikom „Gdy mrok zapada” czyli opowieść o jednym z pierwszych śledztw komisarza Wistinga.
Ten specyficzny nieco gatunek czyli powieść kryminalna okołoświąteczna z założenia nie należy do najbardziej obszernych – choćby Christie, która popełniła takich kilka, wszystkie są jednymi z cieńszych jej dzieł. Zazwyczaj jest to jedynie pokazanie przez autora, że o morderstwie popełnionym w święta też potrafią napisać – i najczęściej to jedna z ich najgorszych decyzji. Wspomnieć można choćby o osiemdziesiąt stronicowej „Zamieci śnieżnej i woni migdałów” Läckberg, na którą to najlepiej spuścić zasłonę milczenia - to, że można nie oznacza, że trzeba to robić.
Tak więc „Gdy mrok zapada” także nie ma jakiejś zawrotnej ilości stron – jak na standardy Horsta 190 stron to niewiele. I podzielając los wielu powieści kryminalnych osadzonych w czasie świąt, nie należy do jakiś szczególnie wybitnych. Prawdopodobnie to wszystko jest spowodowane faktem, że pisarze za bardzo w tej dziedzinie starać się nie muszą – ze względu na samo wybranie sobie takiego a nie innego terminu sprawia, że wielu czytelników po nią sięgnie. A jak się nie sprzeda w dane święta, to zawsze można jeszcze liczyć na kolejne, a potem na jeszcze następne.
Do tego w kryminałach okołoświątecznych podobnie jak przy wszystkich filmach/powieściach, których akcja dzieje się w czasie świąt, sama fabuła nie jest aż tak ważna. Zazwyczaj stosuje się ograne motywy i historie, a całość przysypuje się dużą ilością magii, dobroci i wszechobecnej miłości do bliźnich. I choć przez resztę roku mogą trochę gryźć swoją słodkością, to akurat w tym jednym okresie całość gra nieźle. Dzięki tworzonemu klimatowi, który nieraz świetnie przykrywa mankamenty fabularne czy językowe.
Tyle, że w „Gdy mrok zapada” zabrakło i klimatu i dobrej historii. Zagadka – sprawa starego samochodu z lat 20. – nie wciąga i czytelnik czyta, bo czyta, ale pewnie gdzieś tam w tyle głowy kiełkuje myśl, że gdyby to od tej części miał rozpocząć swoją przygodę z Wistingiem, to właściwie wtedy także by się ona zakończyła. Horst po łebkach realizuje historię, ale robi to z automatu, odkreślając de facto kolejne aspekty, które powinny się znaleźć. Tak więc prócz obowiązkowej części kryminalnej i masy elementów wskazujących, że tak, już niedługo będzie Gwiazdka, umieszcza fragmenty z życia codziennego Wistinga, kilka scen rodzinnych, ciągle podkreślając więź jaka łączyła od początku policjanta z córką, która już później, w dorosłym życiu, stała się całkiem sprawnym detektywem.
Ale to nie działa – Horst, chyba po to, by oszczędzić na czasie, opisy ograniczył do minimum, więc w wielu przypadkach relacje/więzi Wistinga z rodziną czy też z kolegami z pracy są wiadome dla czytelnika tylko dlatego, że ma już za sobą ileś tomów, gdzie autor świetnie to eksponował. W jedenastym tomie w zasadzie ich nie widać, można tylko przypuszczać, pomiędzy kolejnymi etapami śledztwa – kulawego i mało wciągającego, oj [zrozumiały] brak Lisy w drużynie rozwiązujących zagadki daje się we znaki.
