Tosca Lee "Potomkowie"
Tosca Lee "Potomkowie" Wyd. IUVI

REKLAMA
„Masz 21 lat”. Tyle tylko wie Emily po przebudzeniu. Z jakiegoś powodu poddała się zabiegowi usuwającemu pamięć i teraz ma zacząć nowe życie pod nowym imieniem, w nowym miejscu. Niedługo jednak cieszy się tą zmianą, bowiem pewnego dnia nieznajomy mówi jej, że jest potomkinią Elżbiety Batory, na jej życie czyhają Łowcy. I że musi uciekać.
Emily czy też raczej Audra, jak się wkrótce okazuje, postępuje tak, jak zrobiłaby to każda nagabnięta przez nieznajomego opowiadającego niestworzone rzeczy, mianowicie nie wierzy. Tyle że niebezpieczeństwo nadchodzi, zostaje zaatakowana, a ona musi odkryć, dlaczego ktoś próbuje się jej pozbyć. Aby to zrobić, powinna przypomnieć sobie przeszłość i ruszyć śladami przebytej wędrówki sprzed decyzji o pozbyciu się pamięci. Tylko komu ma zaufać?
„Potomkowie” to kolejna powieść średnio znanej w Ameryce Tosci Lee. Autorka „Legendy Sheby” tym razem na swoje barki wzięła historię Elżbiety Batory czy też jak to ładnie ujęła „największej seryjnej morderczyni wszech czasów”. Pomysłowość autorów powieści młodzieżowych nie zna granic, dlatego trzeba się cieszyć, że nie zrobiła z rodu Bator wampirów, choć byłoby to najlogiczniejsze – za to dała im moce przekonywania dzięki sile woli.
Co prawda nie da się ukryć, że Tosca Lee przywołała całą historię Batory. Choć jest to wiedza w zasadzie z Wikipedii, to obyło się bez przeinaczania faktów i jedyny dodatek stanowi wymyślona przez autorkę fabuła potomków Krwawej Hrabiny.
Prócz tego jednak znajomość faktów autorki, Tosci Lee jest zabawna. Cechując się typowym [niestety] dla Ameryki spojrzeniem na Europę, opisuje ich mieszkańców jako tych znających z jakiś tuzin języków [czy nikogo nie dziwi, że europejski odłam Potomków potrafi dogadać się w każdym kraju w rodzimym dla rozmówcy kraju?], niemalże nie zwracając uwagi na kilkutysięczne odległości, które każe pokonywać swojej bohaterce – niczym Bond przemierzy pół świata. Do tego podstawowym językiem komunikacji jest angielski – czy to zostawiając gdzieś notatki, czy listy, czy też po prostu w rozmowie wszyscy się nim perfekcyjnie posługują. Nieważne czy chodzi o Wiedeń czy o jakieś maleńkie węgierskie miasteczko – nie ma większych problemów. Szkoda, że rzeczywistość aż tak optymistycznie nie wygląda.
Na szczęście sytuację ratują bohaterowie. Są tacy, jacy powinni być – w końcu to, jak postrzegają ich czytelnicy jest wynikiem ich widzenia przez narratorkę powieści czyli Audry będącą podejrzliwa z racji braku wspomnień – a zatem nieufni, tajemniczy, pełni sekretów i niedomówień. Generalnie sprawnie napisani– dźwigają ciężar historii często pełnej dziur i zapychaczy, choć niejednokrotnie zostają przez autorkę zmuszeni do wysnuwania wniosków z powietrza [część wskazówek, jakie Audra pozostawiła sobie przed poddaniem się zabiegowi, są na tyle trudne, że aż dziw, że odkryli, o co chodzi; niestety czytelnik zostaje pozostawiony z wątpliwościami, bo nikt nie tłumaczy, co i jak].
„Potomkowie” na siłę jest pisana jako seria. Większość książki to zapychacz - podróże tam i z powrotem po Europie, ciągłe ucieczki nie wiadomo właściwie po co, poszukiwania de facto bezcelowe, zaś całość zaczyna się rozkręcać dopiero pod koniec. Bezsensowny cliffhanger zaserwowany przez autorkę, bowiem ze spokojem mogło mieć jeszcze sto stron, które zakończyłyby historię.

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?