
REKLAMA
Ewa traci jednocześnie pracę i faceta. Załamana i zrozpaczona decyduje się odpocząć od życia w tętniącej życiem stolicy i wyjechać do ciotki Zofii, właścicielki dworku niedaleko pałacu Krzyżtopór. Chce, wrócić do swoich korzeni, na nowo zająć się porzuconą przed laty historią sztuki.
Niespodziewanie dla niej samej, trafia w środek jednej z największych tajemnic historii. Tajemnica związana z pałacem Krzyżtopór, Zamościem i renesansowymi włoskimi rodami goni za nią od Warszawy aż do posiadłości ciotki. Tam nie tylko staje się ni stąd ni z owąd spadkobierczynią po zmarłej Zofii, ale i obiektem, za którym podążają tajemniczy Włosi, adwokat Adam, kuzynostwo Ewy i dziwny kustosz Podrecki. Zaczyna także poszukiwania skarbu, nie wiedząc, że musi walczyć z czasem, który kurczy się z każdą chwilą.
„Talizmany” to powieść przygodowo-sensacyjna, thriller historyczny, ale mocno zdominowany przez warstwę obyczajowo-komediową. Oparta na historii pałacu Krzyżtopór, sięga fabularnie aż do włoskich, renesansowych rodów i polskich Ossolińskich i wkracza sporo poza granice świętokrzyskiego [aż do Bizancjum i Wenecji]. Przez Edipresse „Talizmany” określone zostały polskim „Kodem da Vinci”, jest to jednak określenie chybione – podobna tematyka i czynniki składające się na fabułę [wielka zagadka, historycy sztuki, miłość i akcja], ale zupełnie inna realizacja – Kod da Vinci nie jest tak plastyczny, co „Talizmany”, operuje innymi sposobami przedstawiania historii, a także ma za sobą inne zaplecze [Brown zanim zajął się pisaniem powieści, był nauczycielem matematyki].
Dominik W. Rettinger jest polskim scenarzystą, współpracującym m.in. z Agnieszką Holland, mającym na koncie takie seriale jak „Ekipa” czy „Układ Warszawskim”, a także filmy – m.in. „Kamienie na szaniec” oraz „Gra w ślepca”. Od 2013 roku jest również pisarzem – wydał wtedy „Brainman”, a po tym debiucie literackim łącznie ukazało się dziewięć książek pod jego nazwiskiem.
Nie wiem, jak sprawa wygląda w przypadku innych książek Dominika W. Rettingera, ale „Talizmany” ogląda się niczym film, słowem – książka została napisana bardzo plastycznie. Widać, jakie jest doświadczenie zawodowe autora, ale nie ma w tym nic złego. Tego typu narracja, jaką stosuje Rettinger sprawia po prostu, że czytelnicy więcej czytają na temat wydarzeń, otrzymując w wersji zminimalizowaną strefę myślową – innymi słowy, dużo opisów miejsc, wydarzeń, dialogów [także komizmu sytuacyjnego, językowego, który najlepiej byłby widoczny na scenie/filmie z dobrymi aktorami], mało zaś wewnętrznych dialogów bohatera samego z sobą, jeśli zaś już takowe się pojawiają, to najczęściej objawiają się także w sferze fizycznej - coś w stylu: zmarszczyła brwi, po twarzy przeszedł mu cień niepokoju etc. Coś z pewnością przez Rettingera niezamierzonego, a jednak ciekawego i może niekoniecznie świeżego, ale rzadziej spotykana w tego typu literaturze.
W jednym z wywiadów Rettinger stwierdził, że „Talizmany” początkowo miały być serialem, jednak z przyczyn różnych – śmierci jego współpracownika – do realizacji nie doszło. To pochodzenie książki także czuć – wielość wątków przeplatających się między sobą, większość sytuacji „gra” motywami wyjętymi z ekranów [czyli: czuje się to, czym miało to pierwotnie być, bo sceny są napisane typowo pod sceny, w którym największą rolę grają aktorzy]. Czasem to przeszkadza - zbyt dużo wątków poza głównym, przez co akcja chwilami się rozmywa – jednak generalnie działa to in plus.
„Talizmany” nie są wolne od wad, jednak czyta się je przyjemnie. Przygodowo-komediowa, pełna wątków rodzinnych i uczuciowych jest lekturą idealną dla relaksu, odprężenia się po ciężkim dniu pracy. Napisana lekkim piórem i z humorem pasuje jako książka do poczytania wieczorami.
Marta Kraszewska
Marta Kraszewska
