Colleen Faulkner "Julia i jej córki"
Colleen Faulkner "Julia i jej córki" Wyd. Prószyński i S-ka

REKLAMA
Mija czterdziesty siódmy dzień, od kiedy życie Julie, jakie znała, przestało istnieć. Wtedy to siedemnastoletnia Haley powoduje wypadek, w którym życie traci jej młodsza siostra, Caitlin. Dla Julie to tragedia podwójna – jedna z jej córek zginęła, druga czuje się winna za śmierć siostry.
Pogrążając się w rozpaczy niemal nie zauważa, że jej rodzina zaczyna się rozpadać. Mąż – Ben, staje się emocjonalnie obojętny, najmłodsza córka – Izzy, obwinia Haley i nie może poradzić sobie z rzeczywistością, z kolei Haley uparcie twierdzi, że nic jej nie jest, ale pakuje się w kolejne problemy. Bojąc się, że lada chwila straci drugą córkę, Julie postanawia zabrać ją w długą podróż.
I tu, jak można zacząć się domyślać, rozpoczyna się klasyczna powieść drogi - dwóch wędrówek – samochodowej z Las Vegas do Maine i duchowej – od stanu pełnego bólu, cierpienia i pytań bez odpowiedzi do ukojenia i pogodzenia się. Podróż, którą odbywa Julie z córkami, dwupoziomowa – fizyczna i duchowa – tak jak każda inna w kulturze, ma pomóc się odnaleźć, ma pomóc wrócić. Tak więc w samym zamyśle wędrówki nie ma nic odkrywczego.
Takie podróże przyciągają odbiorców opowieści czymś innym – każdy wie bowiem, jak to się zakończy - bohaterami i konfliktem, jaki jest między nimi. To w „Julii i jej córkach” jest ciekawie zarysowane. Konfliktów czytelnik ma co nie miara i na różnych płaszczyznach – więc można wymienić choćby Julia a Haley, Haley a Izzy, Izzy a Julia – pomiędzy każdą z postaci, jadących samochodem do Maine jest jakieś starcie, między każdą musi dojść do konfrontacji. Obserwowanie ich podróży, jest także obserwowaniem bomby, o opóźnionym zapłonie – wiadomo, że wybuchnie, ale nie wiadomo kiedy – lub patrzeniem na kolejne krople, drążące skałę – powoli, ale uporczywie, nie wiadomo jednak, w którym momencie ta ostatecznie pęknie.
„Po co mamy o niej rozmawiać, Jules? Ona nie żyje. Nic, co powiemy lub zrobimy, tego nie zmieni.”
Jakoś tak wyszło, że znak „Kobiety to czytają” pojawiający się na niektórych powieściach wydawanych przez wydawnictwo Prószyński, jest dla mnie znaczkiem jakości. Choć nadal jestem zdania, że szkodzi on pod względem grupy odbiorców – odstrasza potencjalnie zainteresowanych [w tym płeć męską] i niepotrzebnie szufladkuje, to dobór powieści ukazujących się pod tym znakiem jest solidny i utrzymany na dobrym poziomie.
„Rzecz w tym, że my żyjemy, Ben. Chodzi o to, że musimy znaleźć sposób, żeby żyć pomimo jej śmierci. Musimy w jakiś sposób pomóc Izzy i Haley żyć bez siostry. Musimy pomóc Haley, żeby sobie wybaczyła.”
„Julia i jej córki” sięga po narrację prowadzoną z różnych perspektyw – Julie, Haley i Izzy. Colleen Faulkner ładnie zróżnicowała te narracje, przypisując każdej z bohaterek inny sposób wyrażania się, inne słownictwo czy slang – dzięki czemu od razu, bez zerkania na napis u góry, można odgadnąć, kto mówi. Próba przetłumaczenia języka, jakim posługuje się Haley jest niestety średnio udana – ale to kwestia tego, jak szybko slang młodzieżowy się zmienia, przekształca i jak szybko niektóre wyrażenia wychodzą z użycia, a także kwestia faktu, że zarówno tłumacz, jak i autorka nie są już nastolatkami, więc i każda próba naśladowania języka młodzieżowego z ich strony, musiała zakończyć się miernym sukcesem.
„Julia i jej córki” to przede wszystkim powieść o rodzinie i o miłości matki do dziecka. Miłości bezwarunkowej, która każe walczyć o swoją pociechę, o to, by nie zatonęła pod ciężarem problemów, by unosiła się na powierzchni, nawet wtedy, gdy samemu czuje się, że się tonie.
Marta Kraszewska

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?