
REKLAMA
Co ma z sobą wspólnego historia niewidomego dziecka jeżdżącego na rowerze, dosłownego poszukiwania nadziei w szpitalu i pisania listów do przyjaciół, których nigdy się nie wyśle? Wszystkie znalazły się w najnowszym dziele Carrolla – „Kolacja dla wrony”.
„Kolacja dla wrony” to wybór krótkich utworów Jonathana Carrolla. Luźne myśli, fragmenty autobiografii, wstępy do części jego powieści, anegdotki czy krótkie historyjki. Najkrótsze ma jeden akapit, najdłuższe ma cztery strony, zazwyczaj jednak utwory mają kilka akapitów. Lepsze i gorsze, poukładane są w zasadzie w książce bez ładu i składu [tak też można w zasadzie czytać „Kolację dla wrony”]. Trudno powiedzieć, czy taki wybór tekstów był świadomą decyzją Carrolla czy też po prostu powrzucał utwory, które najbardziej mu się podobały, te które wpadły mu do głowy.
Nie zmienia to jednak faktu, że dobrze się to czyta. Zarówno jako całość – czyli po prostu tak jak idą teksty, jeden za drugim – jak i na wyrywki – sięgając po dowolne utwory, w zależności od humoru czy przypadku. Fakt, zdarzają się teksty gorsze – niektóre są niestety także pretensjonalne – ale generalnie dobre, wnoszące niekiedy powiew świeżości i oryginalności do całości. I nieważne czy Carroll opowiada anegdotki o swoich znajomych, komentuje rzeczywistość czy opisuje swoją karierę literacką – „Kolację dla wrony” dobrze się czyta.
Sam Jonathan Carroll jest amerykańskim pisarzem mieszkającym w Wiedniu, od lat częsty gość w Polsce – w zbiorku tekstów znajdą się i te poświęcone spotkaniom z polskimi czytelnikami. Najbardziej znany ze swojego debiutu – „Krainy Chichów” – ma na koncie kilkanaście powieści, z których większość cieszy się popularnością i uznaniem krytyków i czytelników. Jego książki, niby to realistyczne, zazwyczaj zawierają elementy fantastyczne i to także widać w wyborze „Kolacji dla wrony” – gdzie całkowicie normalnym jest, że bohaterowie poszukują zgubionej nadziei w szpitalu czy rozmawiają o smutku w brzuchu. Carroll prowadzi specyficzną narrację, do której trzeba się przyzwyczaić, zwłaszcza, że Jonathan Carroll ucieka często do nauczycielskiego sposobu mówienia – jakim jest mówienie z jakby z wyższością o rzeczach prostych, wygłaszanie mądrości tonem człowieka nagle oświeconego, który posiadłszy wiedzę tajemną, postanowił podzielić się tym z ludźmi dookoła niego.
To czasem pasuje, czasem jednak staje się irytujące – w zależności od natłoku takowego profesorskiego stylu mówienia w stosunku do tematu i długości danego utworu. Na szczęście przy takiej ilości tekstów zaprezentowanych w całym tomie te gorsze i denerwujące stają się jedynie przykrym, ale odległym wspomnieniem.
Z pewnością te króciutkie utwory nie pozostawiają czytelnika obojętnym. Nieważne jak krótkie są te teksty z każdego biją emocje. Carroll dzieli się z odbiorcami swoimi refleksjami, myślami i wkłada w każdą tą historię swoje serce. I choć czasem schodzi na te profesorskie tony, to jednak nigdy nie brakuje w tym uczuć – smutku, radości czy troski.
„Kolacja dla wrony” to książka, którą można czytać w sposób dowolny. Idealna do podczytywania i zaglądania raz na jakiś czas – krótkie teksty dają do myślenia, pozwalają na chwilę refleksji, śmiechu czy smutku. Angażują i wywołują emocje, zaś dla osób, które nie kojarzą Carrolla, „Kolacja dla wrony” będzie dobrym wstępem do twórczości.
Marta Kraszewska
Marta Kraszewska
