
REKLAMA
Siedemnaście lat temu Sarah D’Villez została porwana. Nastolatce udało się uciec, porywacz poszedł do więzienia, tyle, że już niedługo ma wyjść na wolność. Sarah przerażona możliwością ponownego skonfrontowania się z mężczyzną, a także niewątpliwym zainteresowaniem mediów, ucieka.
Trafia do małej walijskiej wioski, jednej z takich pośrodku niczego. Choć wzbudza zainteresowanie mieszkańców, wydaje jej się, że w końcu jest bezpieczna. Tyle, że jej sąsiad jest trochę jakby zbyt natrętny, a ponadto ma wrażenie, że ktoś ją śledzi. A zewsząd dochodzą niepokojące informacje o morderstwach dokonywanych na młodych dziewczynach…
„Granice zła” to debiut powieściowy Rebecci Griffiths. Autorka wychowana w środkowej Walii, wraca do krainy lat dziecięcych w swoim thrillerze. To, że Griffiths zna ten kraj, to środowisko i obyczaje, czuć cały czas – czy to w opisach, czy to w rzucanych, jakby od niechcenia, słowach walijskich. Jest klimat małej wioski, ze wszystkimi jej sekretami upychanymi po kątach i zacofaniem pod względem poglądowym [choćby wspomnienie o rozmowach knajpianych, gdzie mieszkańcy zakładali się, który z nich pierwszy poderwie Sarah alias Rachel, w podtekście – no przecież kobieta nie może mieszkać samotnie]. Tak, ta część związana z klimatem Walii, jest zdecydowanie najlepsza.
Co jest największym problemem? Rebecca Griffiths zdecydowała się na narrację z punktu widzenia kilku bohaterów. Zabieg nie nowy, zwłaszcza w świecie kryminałów i thrillerów, więc teoretycznie nie ma na co narzekać. Tyle, że w przypadku „Granic zła” tenże pomysł poprowadzenia narracji doprowadził do chaosu. W polskim wydaniu [prawdopodobnie i w angielskim, jednak brak potwierdzenia tej informacji] kolejne fragmenty/rozdziały są oddzielone numerkami. Niby nic, jednak każda partia tekstu to inny narrator. A że brak oznaczenia, kogo oczyma czytelnik obserwuje narracje, a często dopiero po dłuższym fragmencie pada imię narratora, to zagubienie jest gwarantowane. Nie wiadomo, kto opowiada, więc się sobie dopowiada – najczęściej błędnie – a później trzeba wracać i na nowo czytać. Problem ten wynika także z tego, że większość narracji się w zasadzie niczym od siebie nie różni – czytelnik musi wierzyć na słowo, że to już inny bohater, a nie ciągle ten sam [dotyczy to choćby Sarah alias Rachel i jej matki i jednej z sąsiadek].
Tak więc jest chaos pod względem ułożenia cząstek tekstu i spowodowany brakiem różnorodności stylów narracyjnych, ale i pod względem fabularnym. Rebecca Griffiths rzuca czytelników w środek wydarzeń, miotając nim między kolejnymi wydarzeniami, które dla niego nie mają zbytnio sensu. I znów, to nic nowego, tyle, że zorientowanie się i jakieś względne połączenie się akcji, następuje stosunkowo późno. Mniej więcej w połowie można stwierdzić, że nie jest się całkowicie zagubionym i że chyba zdarzenia mają ze sobą związek.
Fabułę ratują jako tako bohaterowie. Choć wątków jest masa i część nie zostaje rozwinięta do końca [tylko urwana wraz z rozwiązaniem kilku głównych wątków], to postacie wrzucone w sam środek wydarzeń, radzą sobie całkiem dobrze. Może i nie wszyscy są interesujący – szczególnie główna bohaterka, która w porównaniu do wszystkich postaci drugoplanowych, wypada blado - ale drugi plan jest świetny. Dobra, choć jakby jedynie powierzchownie nakreślona, jest historia matki Sarah. Świetnie wypada jej odrażający i niepokojący sąsiad. I w sumie, można by przeczytać samą książkę koncentrującą się na życiu małego walijskiego miasteczka, odrzucając cały wątek Sarah.
Gdzieś tam kryje się niezła historia, pod warstwą chaosu, niezliczonych powtórzeń i niedociągnięć debiutantki, jednak to za mało, by faktycznie móc z satysfakcją stwierdzić, że warto było tę książkę przeczytać. Owszem, można sięgnąć po „Granice zła”, by sobie porównać tę pozycję i jej najnowszą powieść, która w przyszłym roku ukaże się po angielsku,[a potem może i po polsku], czy po to, by skonfrontować sobie twórczość Griffiths i innych brytyjskich, zwłaszcza walijskich, autorów.
Marta Kraszewska
Marta Kraszewska
