
REKLAMA
Autumn obserwuje. Każdego dnia podgląda życie McMullenów, rodziny idealnej. Ogląda zdjęcia wrzucane przez panią domu, szczególną uwagę poświęcając jednej osobie. A kiedy te nagle znikają, stawia wszystko na jedną kartę i zbliża się do McMullenów bardziej niż powinna. Niż to bezpieczne.
W świecie powszechnie dostępnego Internetu, zasięgu i popularności różnych portali społecznościowych podglądanie stało się częścią życia człowieka. Wystarczy kilka wyszukiwań, parę kliknięć i już wie się o kimś wszystko. To pasjonujące, ale i niezdrowo uzależniające – podglądać cudze życie, na kilka minut stać się jego częścią. Z pozoru wie się wszystko, ale jednocześnie to tylko pozory. Widzi się tylko wystawioną wizytówkę.
„Idealne życie” to powieść o udawaniu. Przed kolegami z pracy, znajomymi, rodziną i ludźmi tak bliskimi, że zdaje się, że bardziej się nie da. Tworzenie iluzji wspaniałego życia, życia bez choćby śladu skazy, życia, gdzie ani jeden element nie może być wybrakowany lub zawieść po drodze. Bo co by powiedzieli ludzie, sąsiedzi albo teściowie. A zatem człowiek staje na głowie, by nie pozostawić ani jednego szczegółu niedopracowanego. Wrzuca piękne, dopracowane w każdym calu zdjęcia swojej rodziny, nosi jedynie drogie ubrania i spędza całe swoje życie na upewnianiu całego świata w tym, że jest się cudownym i perfekcyjnym. Za wszelką cenę.
W powieści Kent udają wszyscy. Oczywiście, iluzję tworzy Autumn i Daphne, każda na swój sposób. Ta pierwsza kreuje się od nowa, codziennie udając idealną dziewczynę dla swojego chłopaka, a ta druga tworzy swój świat perfekcyjny, który pokazuje na swoim profilu społecznościowym. Ale udają także inni – Douglas, mąż Daphne, uciekający od swojej rodziny, nie wytrzymujący stwarzanych przez siebie pozorów. A także Ben, tak zakochany w wizji stworzonej przez Autumn, że nie kwestionuje niczego, byleby utrzymać obecny status quo czy Marnie, jego siostra, czepiająca się życia swojego brata, ale sama także tworząca iluzję swojego. Każdy bohater udaje, lepiej lub gorzej. W świecie „Idealnego życia” nie ma miejsca naprawdę, jest tylko iluzja i kłamstwa.
A jako że to powieść o iluzjach, to prawda musi być paskudna. Każdy skrywa jakieś sekrety, brudne tajemnice i stosy kłamstw będące częścią ich codzienności. Lepsze i gorsze występki, które zawsze, ale to zawsze, w końcu wychodzą na jaw. A jako że to thriller – do tego psychologiczny – to wiadomo, że główną atrakcją, najważniejszym wątkiem fabularnym, będzie dochodzenie do prawdy. Po kolei, warstwa po warstwie, aż dojdzie się do jądra.
I tak byłoby idealnie, tyle, że Minka Kent w zasadzie serwuje wszystko czytelnikowi na tacy, z miejsca podając mu połowę odpowiedzi na jeszcze niezadane pytania. To odziera trochę tajemnicy książce i zabiera nieco zabawy czytelnikowi. No ale Kent nie celuje w napisanie wybitnego thrillera, ale w czytadło. I to jej się udaje. Bo to czytadło w każdym tego słowa znaczeniu – z lekką fabułą, tylko z pozoru skomplikowaną intrygą [wyjąwszy zakończenie, które szczególnie Kent wyszła] i prostym językiem. Czyta się szybko – rozdziały są krótkie, a autorka celuje w cliffhangery, które zmuszają do sięgnięcia po kolejny fragment. I fabuła pędzi dalej.
