
REKLAMA
„Nie ma kogoś takiego jak seryjna zabójczyni” – Roy Hazelwood, profiler przestępstw na tle seksualnym i pionier profilerowania zboczeńców seksualnych.
Nannie Doss, Mary Ann Cotton, Daria Sałtykowa, Kate Bedner czy Anna Hahn – co łączy te nazwiska? Wszystkie były seryjnymi morderczyniami i swego czasu było o nich głośno. Prawie o wszystkich zapomniano – pamięć o ich zbrodniach przetrwała w piosenkach, przestrogach wypowiadanych przez rodziców dzieciom, by te nie broiły bądź też jako na poły legendarna postać, jak to się stało z Elżbietą Batory. Ta ostatnia zresztą prawdopodobnie będzie jedynym znaną czytelnikom bohaterką książki Telfer.
„Seryjne zabójczynie. Najsławniejsze morderczynie w dziejach” to wielka kopalnia informacji. W zasadzie prawie wszystkie podane nazwiska, to osoby nieznane polskim czytelnikom. Nie dlatego jednak, że rozegrały się dawno temu w odległej Ameryce, bo nie w tym rzecz. Po pierwsze, mniej więcej połowa miała miejsce w krajach bliższych Polsce – we Francji, Anglii czy Egipcie. Po drugie – bo przecież do najsłynniejszych przypadków seryjnych morderstw, o jakich się po dziś dzień pamięta, należą i zbrodnie popełnione właśnie dawno, dawno temu.
Z czego to więc wynika? Ano z tego, czego dowodzi Tori Telfer – z tego, że o kobiecych, seryjnych zbrodniach się nie pamięta. Pojawiają się z pompą niczym jakieś jasne gwiazdy w prasie, gdy następuje odkrycie zbrodni, ale gasną szybko, wraz z rychłą utratą zainteresowania mediów. Ich nazwiska i przydomki znikają z gazet i z pamięci masowej, by ostatecznie utracić nawet status mglistego wspomnienia.
Oczywiście, trudno wypowiadać się o tym, jak dokładnie sprawa się ma w krajach bezpośrednio zainteresowanych, w takiej Ameryce, która plus minus co dekadę kolejną „najpotworniejszą seryjną morderczynię”, ale czytając Telfer nie można nie odczuć, że w przypadku kobiet, które zabijają, społeczeństwo cierpi na jakąś zbiorową amnezję. Odkrycia, że płeć piękna może mordować, szokują, ale jest to szok jedynie chwilowy, po którym znowu następuje otępienie i wyparcie. Widać to także na przykładzie Polski – seryjne morderstwa wydają się być domeną Ameryki, lecz i tutaj można znaleźć nazwiska kobiet, które zabijały w ilościach hurtowych. Wiktoria Szyfersowa i Marianna Szymczakowa, madame Guzowska, Zimna Lucyna czy Klimek i Baniszewski [aczkolwiek dwie ostatnie panie wyemigrowały do Stanów Zjednoczonych].
Innymi słowy te tytułowe najsławniejsze morderczynie niekoniecznie są najsławniejsze. Owszem, w krajach, gdzie owe zbrodnie popełniono, nazwiska sprawczyń mogą być szerzej znane –jak w przypadku Rayi i Sakiny, egipskich sióstr. Prawdopodobnie połowa z wymienionych przez Telfer nazwisk może się jeszcze kojarzyć czytelnikom anglojęzycznym – bo wszak mimo wszystko zbrodnie zostały popełnione na terenach ich kraju, były głośno omawiane swego czasu przez gazety i, znając tendencje ludzkości do ciągłego przetwarzania informacji, całkiem możliwe, że nakręcono o tych morderczyniach jakiś film czy dwa.
Nie zmienia to jednak wszystko faktu, że Telfer z detektywistycznym zacięciem opisuje kolejne przypadki, wyłowione z mroków historii, literacko przetwarzając kolejne sprawy. Ożywia źródła, czasem tylko dając się ponieść sensacyjności danego tematu, zbacza z ścieżki faktów. Może nie jest to opracowanie doskonałe, ale jako początek i zachęta do szerszego badania spraw sprawdza się znakomicie.
Marta Kraszewska
Marta Kraszewska
