Eliza Drogosz "Berło zniszczenia"
Eliza Drogosz "Berło zniszczenia" Wyd. Poligraf

REKLAMA
Powrót do szkolnego rytmu nie jest niczym łatwym, a tym bardziej, gdy dopiero co umknęło się z rąk sił około egipskich bóstw, zaś twoim przyjacielem jest bóg śmierci i chaosu. Do tego dochodzą rozpaczliwe próby ukrycia, z kim spotykasz się po szkole oraz podejmowane próby odkrycia tajemnicy tajemnic.
Sonia wróciła już do szkolnego rytmu, próbuje przyzwyczaić się do normalnego życia, co jak można zgadnąć, po odkryciach, jakie poczyniła podczas letniego obozu, nie jest niczym łatwym. Stara się oddzielić życie zwykłej nastolatki z całym tym bagażem szkoły, nauki, przyjaciółek, którym trzeba by poświęcić czas, rodziców, chcących spędzać wolne chwile z córką i wymagających posłuszeństwa, tak więc życie zwykłej dziewczyny od życia, jakie poznała w Egipcie. Po szkole wymyka się na spotkania z Briantem, ucieka z rodzinnych wydarzeń, by podróżować do magicznych, tajemniczych miejsc, mając nadzieję, że wraz z przyjacielem odkryją wszelkie tajemnice.
„Berło zniszczenia” to druga część Ksiąg Ankh, polskiej serii o egipskich bóstwach. Tym razem Drogosz jasno podzieliła fabułę na dwa, duże, dwutorowo dziejące się, wątki – jedno skupia się na Sonii i Briantem i na ich poszukiwaniach i zgłębianiu informacji, drugie zaś rozgrywa się na kolejnym obozie – na który ściągnięto bohaterów poprzedniego tomu. Oba przeplatają się, czasem się zderzając, nie tworząc jednak ostatecznie żadnej bliżej zwartej fabuły.
Jest lepiej. Bez wątpienia widać, że, w tak zwanym międzyczasie pomiędzy kolejnymi tomami, Eliza Drogosz trochę polepszyła warsztat. Wiadomo, polski w szkole, trochę pewnie pomiędzy popisała, przez co się nieco wyrobiła, ale i pewnie ktoś tym razem przypilnował, by Eliza Drogosz nie pracowała nad książką sama bądź by ktoś korektę książki „Berła zniszczenia” rzeczywiście zrobił [a przynajmniej poprawił co któryś błąd, nie to co w poprzednim tomie, gdzie tylko przeleciano kartki]. Poza tym sam wiek młodej pisarki musiał wpłynąć na fabułę i jakość książki, więc tragedii tym razem nie ma.
Możliwe, że autorka w przypadku drugiego tomu była nieco ostrożniejsza, w każdym razie odbiło się to mocno na fabule. Znaczy, nie należy tego zrozumieć źle, całość nadal brzmi jak rozbujały fanfik, ale w poprzednim tomie plus minus fabuła jakoś się sklejała – miała ręce i nogi, a streszczenie zdarzeń, mimo wszystko, nie nastrajało większych trudności. Tymczasem „Berło zniszczenia” ma fabułę szczątkową. Coś się tam niby dzieje, ale wygląda to na zasadzie – długa rozmowa, co należy zrobić i efekt, będący tym wydarzeniem, kolejna rozmowa i kolejny wynik konwersacji itd. Przy tym niekoniecznie całość splata się w jeden spójny ciąg i pewnie miałoby więcej sensu [i lepszy czytelniczy odbiór], jako historia publikowana w odcinkach, na blogu czy w jakiejś gazecie.
Jest jeden nadrzędny motyw, który teoretycznie to wszystko splata – czyli kwestia mocy Brianta, wpływu Seta i ich połączonych historii. Pomysł dobry – bo wszak Drogosz sięgnęła po postać ewidentnie negatywną w mitologii egipskiej, przeciwnika zwyczajowych bohaterów opowieści i szkoda byłoby tego wyboru nie wykorzystać szerzej. Pojawiają się więc – całkiem słusznie - pytania o zaufanie, przeszłość i odpowiedzialność. Nieźle nawet autorka pociągnęła tę kwestię – i ciekawe, jak rozwiąże to w tomie trzecim, bo tak trochę się zapędziła w kozi róg [i trudno powiedzieć, czy uda jej się z niego wyjść bez szwanku].
Daleka jestem od euforii i entuzjazmu, aczkolwiek zaszedł postęp względem tomu poprzedniego. Językowo jest lepiej – choć nadal mocno czuć wiek i niewyrobienie się autorki, a także lenistwo korekty, które przepuściło błędy, trochę cierpi sama historia Drogosz, ale nadal mam nadzieję, że jak już wyjdzie trzeci tom, to będę mogła z całkowitą pewnością powiedzieć, że dostałam – może nie dobry, ale porządną i znośną młodzieżową powieść przygodową.
Marta Kraszewska

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?