Vikram Chandra
Święte gry
Vikram Chandra Święte gry Wydawnictwo Marginesy

Zmęczony życiem gliniarz i groźny mafioso. Kryminalna historia wielkiego miasta i upadek groźnego mafioso. Można tak właśnie streścić Święte gry, ale to będzie pobieżna recenzja książki Chandry. Bo ta książka to obraz współczesnego Bombaju, jego bolesnej historii, trawionego korupcją miasta, miasta pełnego różnic.

REKLAMA
Książkę otwiera scena, w której z okna czwartego piętra wyrzucony zostaje szpic. I takimi sprawami musi zajmować się lokalna policja. Inspektor Sartadź dostaje wkrótce inne zadania. Bombaj jest bowiem miastem grzechu i przestępstw. Wydaje się jednak, że najważniejszym z nich jest śledztwo w sprawie mafiosy, Ganesa Gaitonde, z którym nasz gliniarz ma na pieńku. Schwytanie gangstera może odmienić los naszego policjanta. Niestety, gangster popełnia samobójstwo pozostawiając po sobie masę śladów i brudnej forsy. Od tego momentu mamy dwóch bohaterów. Ten żywy analizuje życie zmarłego, a akcja zaczyna nam przypominać słuchanie opowieści zza grobu i opowieść o historii Indii od 1947 roku.
Święte gry porównane zostały do Ojca chrzestnego. Faktycznie Gaitonde jest przestępcą, buduje swoje imperium, bez zmrużenia okiem decyduje o ludzkiej śmierci. Kulturowo jest jednak kimś zupełnie innym. On opowiada o swoim życiu, Corleone, wierny omercie, milczałby nawet zza grobu. A jednak obaj wydają się równie uczciwi, jak ci, stojący po drugiej stronie barykady. Nawet Sartadź nie waha się z przyjęciem łapówki, oczywiście nie bierze jej od każdego, może dlatego, że niektórzy nie wycenili dostatecznie jego dyskrecji. Oczywiście Autor wmusza w nas podporządkowanie się teorii mniejszego zła, dzięki któremu można zwalczyć większe. Choć faktycznie, takie jest życie, możemy podporządkować się jego zasadom lub je zignorować. Nasz wybór.
Nie sposób opowiedzieć tej książki. Święte gry piane są językiem, który nie wszystkim przypadnie do gustu. Autor zmusza nas do lektury z podręcznym słowniczkiem przy boku. To nie ułatwia lektury, a dodatkowo zniechęcić może objętość samej książki. Warto jednak poświęcić na nią czas. Jest to powieść skończona, nie ma w niej zbędnych postaci, ani wątków. Każdy z nich jest dopowiedziany, zakończony, zamknięty. Każda postać nakreślona bez upiększeń, żywa, prawdziwa. Chandra wprowadza nas po prostu w wielkie miasto, a od nas tylko zależy jakie wrażenia wyniesiemy z miasta i lektury.