Klester Cavalcanti
Nazywają mnie Smierć
Klester Cavalcanti Nazywają mnie Smierć Wydawnictwo Muza

Gdzieś w Brazylii mieszka sobie Julio Santana. To dawny płatny zabójca, który ma na swoim sumieniu prawie 500 osób. Po wykonaniu każdego zlecenia Julio odmawia 10 razy Zdrowaś Mario i 20 razy Ojcze nasz, w przekonaniu, że tym samym odkupił swoje winy przed Bogiem. Jednak co jakiś czas nasz bohater budzi się ze snu, w którym morduje jedną ze swoich ofiar.

REKLAMA
Historia naszego bohatera zaczyna się na początku lat siedemdziesiątych. Wtedy to nasz Julio, zastępując swego wuja, zabija pierwszego człowieka. Dla siedemnastolatka trauma jest tym większa, że musi pozbyć się ciała, rozkroić brzuch, wydobyć wnętrzności i rzucić ciało na żer piraniom. Po jakimś czasie chłopak zaczyna zawodowo mordować, czyniąc z tego jedyne źródło utrzymania. Po trzydziestu pięciu latach rzucił swoje zajęcie, zmienił miejsce zamieszkania i przeniósł się w inne strony kraju. Jego historia jest przykładem na to, jak z porządnego chłopaka zrobić mordercę.
Muszę na samym początku nieco skrytykować książkę, jej Autora i samego bohatera. Spodziewałem się zupełnie czegoś innego. W osobie Julia widziałem raczej postać rodem z Ojca Chrzestnego, dla której zbrodnia nie jest niczym osobistym, jest tylko interesem. Nasz Julio postępuje wprawdzie zgodnie z zasadą mówiącą, iż jeśli ktoś zdecyduje się zamówić płatnego mordercę, to ofiara i tak nie żyje, obojętnym jest więc, kto naciśnie na spust, liczy się tylko zarobek. Podchodząc do całej sprawy w taki właśnie sposób, morderca powinien wyrzucać swe zbrodnie z pamięci, nie dokumentując ich. Powinien zmieniać sposób kontaktu, wygląd zewnętrzny, a nade wszystko narzędzie, jakim wykonuje zlecenia. Julio wykonując zlecenia tym samym rewolwerem, pozostawiając tym samym wizytówkę specjalistom od balistyki. Powinniśmy oczywiście wierzyć, że kiler musi być pewny swojej broni, ale przecież Julio zabijał z bliskiej odległości, poza tym za każdym razem mógł sprawdzić swoje nowe narzędzie, pozostawiając to pewne, sprawdzone, na wypadek ucieczki. Zapiski i wyrzuty sumienia również nie pasują do zawodowego zabójcy, podobnie jak dziecięca wręcz spowiedź przed żoną czy dziennikarzem. Oczywiście wierzę w istnienie Julio Santany, wierzę, że Klester Cavalcanti przeprowadził z nim rozmowę, jednak przedstawiona historia wydaje się być nieprawdopodobna. Calvanti opisał tylko część pracy Julia, właściwie same początki kariery. Czy chodziło mu o potępienie dawnych reżimów rządzących Brazylią? A może o przypomnienie ofiar zbrodni politycznych? Opisując tak wspaniałą historię, Autor, dziennikarz śledczy, wchodzi w rolę prozaika, a to zaowocowało językiem książki dla nastolatków, co zniechęca do lektury. Słowem, książka jest świadectwem zmarnowanej szansy na wspaniałą opowieść z pogranicza psychologii i zapisu zbrodni.
Szkoda.