Roy Jacobsen
Białe morze
Roy Jacobsen Białe morze Wydawnictwo Poznańskie

Wyspa gdzieś na norweskich Lofotach, samotna kobieta, obłęd. Wokó wojenna zawierucha, słowem Roy Jacobsen.

REKLAMA
Kobieta wraca na wyspę. Tu jest jej dom, tu jest jej samotność. Wyspa ją wyżywi, zarówno zgromadzonymi wcześniej zapasami, jak i złapanymi fokami czy rybami. Na wyspie życie toczy się powoli, niespiesznie… chyba, że stanie się coś nieprzewidzianego, jak morze wyrzucające umundurowane zwłoki. W Europie trwa bowiem wojna. Norwegia też jest pod okupacją, ale Niemcy na szczęście są tu rzadkim gościem. Wojna jednak oznacza zabitych, a wyspiarska izolacja nie ochroni kobiety przed ich widokiem. Jeden z zabitych nie jest jednak Niemcem, choć nie z tego chyba powodu kobieta postanawia uratować mu życie.
Nie czytelniku, to nie jest romans, choć do tego momentu takie wrażenie odnosisz. Wydaje się, że Autor chciał skomplikować zarówno życie swej bohaterki, jak i sprawić byś był nieco zdezorientowany lekturą. Nawet w czasie lektury będziesz musiał domyślać się, co tak naprawdę wydarzyło się zarówno na wyspie, jak i w szpitalu. Jacobsen pokaże Ci bowiem wydarzenia widziane oczami osoby, która popadła w obłęd, zdolność więc jej percepcji, wypieranie oczywistych faktów oraz przypisywanie uczynków czy intencji nie lubianej osobie. Ta szaleńcza wizja rzeczywistości pozwala uchronić się przed wojennymi doniesieniami, więc jeśli liczysz na obraz wojny z perspektywy norweskiej prowincji, to będziesz odczuwać zawód. Tym szaleństwie jest jednak metoda. Smutek i otępienie, oraz postępujące szaleństwo, nie mogą nieść ze sobą niczego pięknego. Sama wyspa może być piękna, lecz nią u Jacobsena nie jest, to więzienie szaleństwa i fobii, które zniewala, dlatego dziękuj, że zostało Ci to oszczędzone.