
Rozpoczął się luty. Miesiąc, w którym za niespełna dwa tygodnie niektórzy świętować zechcą Walentynki. My umieszczamy pierwszą, niezwykłą historię, gdzie przeplata się miłość, choroba, radość i lęk... Niektórzy goście, czy prezenty ślubne nie są pożądani. Dziś na blogu przejmująca historia Sylwii. Zachęcamy Was do przyłączenia się do akcji: Pokażmy Młode Twarze Reumatyzmu!!! Jeśli chcecie podzielić się Waszą historią to przypominamy, że historie swojego chorowania można przesyłać (wraz ze zdjęciem!) do Marty na adres: m.kotarba@3majmysierazem.pl
REKLAMA
Sylwia... i nieproszony gość weselny. Toczeń
03. maja 2014 roku miałam ślub i… jednoczesny atak wyrostka robaczkowego. Mimo ogromnego bólu ślub i wesele odbyło się, ale dzień później trafiłam w stanie ostrym na stół operacyjny. Wyniki badań były niezadowalające (leukopenia, anemia, białkomocz), ale fakt ten lekarze tłumaczyli przebytą przeze mnie operacją. Po pięciu dniach od zabiegu zostałam wypisana do domu. Po kilku dniach dostałam gorączki, rana po wyrostku otworzyła się i z powrotem trafiłam na oddział wewnętrzny. W trakcie miesięcznego pobytu w szpitalu i wykonaniu szeregu badań zdiagnozowano u mnie toczeń układowy (oprócz tego towarzyszącą mu zakrzepicę żył głębokich i zatorowość płucną) i przetransportowano mnie na oddział reumatologii do innego szpitala.
Pierwszego dnia pobytu na oddziale dostałam okropnych bólów brzucha – diagnoza: zapalenie jajnika. Dzień później, tj. 31. maja przeszłam drugą operację, w której usunięto mi prawy jajnik wraz z jajowodem. Wiecie co to oznacza dla młodej mężatki…
Na szczęście trafiłam na wspaniałych lekarzy, którzy robili wszystko, żebym czuła się dobrze zarówno fizycznie, jak i psychicznie.
Po kolejnym miesiącu (nazywanym na oddziale przez personel medycznym: „miesiącem miodowym”) mój stan zdrowia poprawił się, zostały mi zdjęte szwy i w końcu zostałam wypisana do domu.
Wracałam do szpitala przez kolejne trzy miesiące na wlewy dożylne Solumedrolu. W swoje urodziny przeszłam biopsję nerki. Teraz na szczęście jest dużo lepiej!
Życzę wszystkim Motylom dużo siły i samozaparcia do walki z tą chorobą. Wiem, że nie jest łatwo ale: „grunt to się nie przejmować i mieć wygodne buty” :-)
