Kończy się kadencja Sejmu a ja jestem wybitnie niezadowolony z posłów, którzy reprezentowali Kujawsko-Pomorskie. Niech najlepszym podsumowaniem ich pracy stanie się na długi czas kompromitacja jakiej posłowie regionu, pospołu, bez wyjątków, dopuścili się w trakcie ostatniej debaty nad ustawą metropolitarną.
REKLAMA
Problemem Kujawsko-Pomorskiego jest to, że powstało niejako na siłę. Bydgoszczy i Torunia, dwóch stołecznych ośrodków województwa nic, poza niewielką odległością i kilkoma drogami, nie łączy. Przez 16 lat, które minęły od reformy administracyjnej wprowadzającej nowe województwa, regionalni politycy nie zdołali sprawić by nowy organizm stał się znaczącą siłą na mapie Polski i oparciem dla swoich mieszkańców - ponieśli druzgocącą porażkę. Przyczyną są nie tylko lokalne ambicje obu ośrodków, które w przeszłości odgrywały role znaczniejsze względem siebie, ale także fakt, że Kujawsko-Pomorskie podzielone jest na dwa sejmowe obwody wyborcze, które nieszczęśliwie pokrywają się z podziałem województwa na część bydgoską i toruńską. Taka sytuacja powoduje, że kandydaci na posłów mogą i chętnie sięgają do retoryki znanej z żużlowych stadionów obu miast, żywią się przysłowiową nienawiścią sąsiadów i podsycają ją kolejnymi wojnami o pietruszkę. Jest tylko jeden wojewódzki polityk, który swoimi działaniami stara się kierować równoważnym interesem całego Kujawsko-Pomorskiego – marszałek Piotr Całbecki. Problem z nim jest jednak taki, że pochodzi i urzęduje w Toruniu, przez co politycy i mieszkańcy Bydgoszczy wszędzie widzą dowody na to, że Toruń przez Marszałka jest faworyzowany. Ten się broni, udowadnia, że tak nie jest, oni to ignorują i szopka trwa w najlepsze. A województwo cierpi.
Byłem niegdyś wielkim zwolennikiem Kujawsko-Pomorskiego w jego obecnym kształcie. Mam wielu znajomych w Bydgoszczy, obecnie w niej pracuję, wiem, że „nienawiść” jest nieco na wyrost, i zwykłych mieszkańców nie dotyczy. Oni chcą sprawnego organizmu, który dzięki własnemu rozwojowi sprawi, że ich zwykłe życie będzie lepsze. Kłótnie o metropolię, o ZIT, o drogi, inwestycje… to domena polityków i mediów, które się nimi pasjonują. Zwykłych mieszkańców dotyczą one w stopniu nikłym. Dziś, zniechęcony ciągłymi kłótniami lokalnych polityków, coraz mniej identyfikuję się z Kujawsko-Pomorskim. Najchętniej widziałbym rozwód obu stolic i znalezienie się w innych organizmach wojewódzkich. Może to uzmysłowiłoby politykom jak wiele stracili? A przecież może być inaczej! Toruń i Bydgoszcz łączą dwie drogi krajowe, droga wodna na Wiśle, linia kolejowa. Odległość między nimi wynosi niecałe 60 km, tysiące ludzi w jedną i drugą stronę codziennie dojeżdża do pracy i na uczelnię. Oba ośrodki uzupełniają się znakomicie – turystycznie, przemysłowo, naukowo. Dzieli jedno – ambicja.
Lokalni politycy – od tych samorządowych począwszy, na posłach skończywszy – ponieśli porażkę. Nie umieli i wciąż nie umieją zasypać podziałów między stolicami. Natomiast aż nazbyt chętnie biorą udział w tworzeniu kolejnych podziałów, kolejnych granic. Robią wszystko by Kujawsko-Pomorskie słynęło z karczemnych kłótni, jak ta sprzed kilku dni odbywająca się na sejmowej mównicy. Oni nie umieją mówić ze sobą. Nie umieją zdiagnozować problemów, nie umieją ich naprawić. Robią najgorsze co można – budują swoje polityczne momentum na zagospodarowywaniu niechęci bydgosko-toruńskiej. To droga donikąd. Kiedy to sobie uzmysłowią?
