W czasach mojej młodości zdarzyło się, że dostałem garnek od Lenina. Nie, nie od żywego "Wodza Rewolucji", bo aż tak wiekowy nie jestem, żeby swoją młodość lokować w jego czasach, tylko od Huty Lenina. Opowiem, jak to było, bo ta historia jest mało znana, a zdecydowanie ciekawa.

REKLAMA
logo
Studia na AGH rozpocząłem w 1965 roku i na pierwszym semestrze musiałem się bardzo natrudzić, żeby sprostać bardzo wysokim wymaganiom, jakie nam stawiano. Dziekanem Wydziału Elektrycznego, zdecydowanie najtrudniejszego na AGH, był wtedy prof. Ludger Szklarski, członek PAN. Dziekan uznał, że poziom matematyki prowadzonej przez pracowników AGH nie przystaje do wysokich wymagań, jakie powinno się stawiać elektrykom, więc zaprosił do prowadzenia wykładów z matematyki dla nas - profesora UJ Czesława Olecha, wybitnego matematyka, znanego z bardzo wysokich wymagań. Fizykę musiałem zdawać u profesora Jerzego Massalskiego, z którego książek uczyli się studenci w całej Polsce. Mechaniki uczył nas bardzo wymagający profesor Zabawa, a egzamin z geometria wykreślnej odbywał się tak, że wykładowca Żywisław Bernatowicz nagrywał każdą odpowiedź studenta na magnetofon (ogromny, szpulowy), żeby nie można się było wyprzeć żadnego błędu, jaki się popełniło. Poniżej pokazuję (z dumą!) galerię trzech najwybitniejszych profesorów, którzy formowali mój umysł na pierwszym roku studiów.
logo
Po co piszę o tym wszystkim?
Żeby zaakcentować (przez kontrast) dramatyczną wymowę tego, co nastąpiło potem.
Mając już całkiem pokaźne zasoby wiedzy i "rozkręcone na najwyższych obrotach" umysły - po pierwszym semestrze (i po pierwszej niesłychanie trudnej sesji egzaminacyjnej) zostaliśmy na cały drugi semestr pierwszego roku zesłani na tak zwaną praktykę robotniczą. Przez bite pół roku musieliśmy praktycznie całkowicie zerwać z jakąkolwiek nauką i pracować na stanowiskach niewykwalifikowanych robotników w wyznaczonych przez uczelnię kopalniach, hutach i innych zakładach przemysłowych. W pełnym wymiarze czasu pracy i z kartami zegarowymi kontrolującymi godzinę przyjścia i wyjścia!
Pisząc o tym wydarzeniu użyłem wyżej słowa zesłanie, bo chyba tylko ze zsyłką na Syberię można to było porównać. Marnowano naszą wiedzę (zdobytą z trudem w poprzednim semestrze), entuzjazm, zapał do nauki - a wszystko dlatego, że ktoś w PRL wymyślił, że przyszły inżynier musi poznać pracę prostych robotników, bo wtedy będzie lepiej ich rozumiał, gdy po studiach zostanie ich przełożonym.
Od 45 lat jestem nauczycielem akademickim i z podobnym nonsensem jeszcze się nie spotkałem. Było to niepotrzebne, nieekonomiczne i nieskuteczne, bo jakoś nie zauważyłem, żeby ten brutalny eksperyment dydaktyczny uformował w nas więź z klasą robotniczą (jedno ze sztandarowych haseł PRL):
logo
Dzisiaj można się z tego śmiać, ale ja w 1966 roku miałem tylko dwie możliwości: albo zrezygnować ze studiów (na które dostałem się przy proporcji kandydatów do miejsc 7:1 i które po tym poprzednim dramatycznie trudnym, ale fascynującym semestrze jeszcze bardziej mi się podobały) - albo poddać się temu kontrowersyjnemu zabiegowi "socjalizacyjnemu".
Wybrałem oczywiście socjalizację i zostałem zesłany do Huty Lenina, do której z mojej krakowskiej stancji musiałem codziennie dojeżdżać (Nowa Huta była wtedy osobnym miastem).
Ponieważ byliśmy studentami wydziału elektrycznego, więc przydzielono nas (kolejny nonsens!) do W17 - wydziału remontów mechanicznych. Mnie i trzech moich kolegów. Na wydziale tym powierzono nam bardzo odpowiedzialne zadanie: dostawaliśmy całe sterty pasków blaszanych (cięła je automatyczna gilotyna) i przy pomocy prymitywnej maszyny, przypominającej trochę "jednorękiego bandytę", musieliśmy je zginać pod kątem prostym. Czynności nasze były prymitywne do bólu: Wziąć pasek z pojemnika, wetknąć go do maszyny zginającej, pociągnąć za wajchę, wyjąć zgięty pasek blachy i wrzucić go do drugiego pojemnika. I tak godzina po godzinie, dzień po dniu ...
Przez pół roku!
logo
Oczywiście próbowaliśmy jakoś sobie tę pracę urozmaicić. W pierwszej kolejności zastanawialiśmy się, komu i do czego potrzeba tak dużo zgiętych pasków blachy? Nie wiedząc tego, wymyślaliśmy różne teorie. Najbardziej prawdopodobna głosiła, że oni tu w Hucie nie wiedzą, co z nami zrobić, więc dali nam tę głupią robotę, ale na walcowni siedzi następnych czterech studentów, którzy te zgięte paski blachy prostują.
Na marginesie dodam, że obecnie wiem, iż te gięte przez nas paski blachy były tak zwaną "bednarką" potrzebną do układania cegieł szamotowych w wymurówce wielkiego pieca hutniczego. Dowiedziałem się o tym 20 lat później, już jako profesor AGH. Ale w 1966 roku tego nie wiedziałem.
Żeby się dowartościować przy tej głupiej robocie, mając "na świeżo" w pamięci egzamin z rachunku różniczkowego i całkowego, w rozmowach między sobą nazywaliśmy wykonywaną czynność "pipulenie". Wynikało to z faktu, że w analizie matematycznej kąt prosty wyrażany jest najczęściej jako pi-pół (czyli połowa liczby niewymiernej pi - w radianach), więc mówiąc tak zaznaczaliśmy swój dystans od pracujących razem z nami robotników. Jednak żartując w ten sposób naraziliśmy się naszemu zwierzchnikowi (majstrowi po zawodówce), który zwrócił się do nas z wytworną inwokacją: Jak ja wam przypipulę, to będziecie zęby kątach hali zbierali!.
No więc postanowiliśmy "bestii nie drażnić"- i w efekcie nawet ta niewinna rozrywka została nam odebrana.
I wtedy zjawił się inżynier Stokłosa.
Wśród robotników uchodził on za dziwaka, ale darzyli go szacunkiem. Wiedząc, że jesteśmy studentami AGH, zapytał, który z nas chciałby wykonywać dla niego rysunki techniczne. Zgłosiłem się niezwłocznie, bo wiedziałem na pewno, że wszystko jest lepsze od "pipulenia".
Od tej chwili moim miejscem pracy stała się rysownica w pokoju inżyniera Stokłosy.
logo
Praca okazała się ciekawa, bo inżynier pracował nad urządzeniem do automatycznego napawania czopów kół wózków podwlewnicowych. Nie wchodząc w szczegóły, powiem tylko, że trzeba było naprawiać zużywające się części wózków, na których przewożone były bloki roztopionego (początkowo) metalu ze stalowni do walcowni. Obrazek niżej pokazuje moment wlewania stali do wlewnic, które stoją na tych właśnie wózkach, więc z grubsza wiadomo, o co chodzi.
logo
Wózki wraz z wlewnicami dychawiczny parowóz przewoził do walcowni. Parowóz, bo nowoczesne lokomotywy spalinowe groziły wybuchem paliwa w ich zbiornikach w kontakcie z wlewnicami wypełnionymi płynną stalą. A poczciwa ciuchcia sobie całkiem dobrze radziła, wlokąc za sobą wiele wózków pełnych płynnego ognia. Czopy kół wózków się jednak przy tym zużywały, na co wpływ miała ogromnie wysoka temperatura płynnej stali i wielki ciężar wlewnic wraz z zawartym w nich metalem. Trudno jednak było wciąż dokupywać nowe wózki. Więc my na wydziale W17 zajmowaliśmy się naprawą tych zużytych wózków. Trzeba było wytarte (a więc za cienkie) czopy kół z powrotem odpowiednio pogrubić, żeby dobrze tkwiły w łożyskach wózka. Robili to ręcznie spawacze metodą tak zwanego napawania (nakładania kropla po kropli płynnego metalu na naprawiany czop wózka), ale to było bardzo pracochłonne. Dlatego inżynier Stokłosa wymyślił sprytne urządzenie, które nazwał "wibrostykiem".
logo
Pomagałem mu rysować schematy potrzebne do zgłoszenia tego wibrostyku jako tak zwanego "wzoru użytkowego". (Dla mniej zorientowanych wyjaśnienie: Wzór użytkowy to taki sposób zabezpieczenia swojej własności intelektualnej w przypadku rozwiązania jakiegoś problemu technicznego, trochę mniej formalny niż patent, ale także ważny).
Podczas tego rysowania dużo dyskutowałem z inżynierem na temat konstrukcji wibrostyku i metody jego działania. Kilka razy udało mi się zaproponować jakieś modyfikacje. Czasem polepszały one działanie wibrostyku, a czasem nie - ale inżynier Stokłosa sprawdzał doświadczalnie każdy pomysł i bardzo mnie chwalił, ilekroć udało mi się wymyślić coś, co usprawniało pracę wibrostyku.
No i tak się złożyło, że przy składaniu wniosku o "wzór użytkowy" dla wibrostyku zostałem wskazany jako współtwórca wynalazku.
Było to z pewnością mocno "na wyrost", bo mój wkład w budowę tego urządzenia był niewielki i zdecydowanie amatorski. Ale skoro sam twórca wynalazku chciał mnie w ten sposób obdarować - to z wdzięcznością przyjąłem ten prezent.
I tu się pojawił problem. Pracownicy Huty za wnioski użytkowe dostawali wysokie premie. Ale ja nie byłem pracownikiem, tylko studentem na stażu. No więc wymyślono coś innego. Przyznam, że bardzo fajnego! Dostałem mianowicie zaproszenie na specjalna akademię, która odbywała się w tak zwanym "pałacu" (budynku administracyjnym huty).
logo
Organizatorzy bardzo nalegali, żebym przyszedł ze swoją dziewczyną - więc przyszliśmy oboje. Nawiasem mówiąc, gdy zapraszałem moją dziewczyną na tę uroczystość, to jej bardzo wyemancypowana współlokatorka z pokoju w akademiku zareagowała z dużym rozbawieniem na wiadomość, że mam być wyróżniony za konstrukcję wibrostyku. Stwierdziła, że wibrator wynaleziono już dawno! Przyznam się ze wstydem, że wtedy nie rozumiałem, co miała na myśli :-)
Na uroczystej akademii, po wręczeniu różnych medali oraz dyplomów pracownikom huty dyrektor powiedział:
- A teraz zapraszamy na estradę najmłodszego wynalazcę - wraz z jego panią.
Wyszliśmy oboje bardzo speszeni - i wtedy wręczono mi ... garnek. Z zabawnymi napisami, widoczny u góry tego wpisu. Zgodnie z sugestią dyrektora, przekazałem go zaraz mojej dziewczynie (która dzisiaj jest moją żoną), bo napis głosił "Twój pierwszy rondel...". Dostaliśmy owację, a ja po raz pierwszy pomyślałem, że może jednak ta huta da się lubić!
Co dalej?
Rondel (trochę zużyty w ciągu tych 50 lat) służy do dzisiaj.
No i zgodnie z drugą częścią sentencji "jakoś się zwolna dorobił człowiek" :-)