
Dostałem "na Mikołaja" książkę, której okładkę prezentuję. Książkę znakomitą, którą wszystkim gorąco polecam! Jej zawartość najlepiej charakteryzuje tytuł pierwszego rozdziału: "Zwyczajny życiorys nadzwyczajnego człowieka". Warto przeczytać, bo to takie przeurocze oglądanie kawałka polskiej historii z perspektywy małego miasteczka. Coś jak podglądnie przez dziurkę od klucza :-) Fascynujące - i skłaniające do różnych refleksji...
REKLAMA
Mnie lektura tej książki skłoniła o tego, żeby przypomnieć sobie o teatrze amatorskim. Kazimierz Kowalski, bohater wzmiankowanej książki, był między innymi animatorem i aktorem teatru amatorskiego, który powstał w Dobczycach. Gdy zobaczyłem zamieszczone w książce zdjęcia - przypomniałem sobie, że coś podobnego mam też w swojej szafie. Odkopałem te moje dawne zdjęcia i pozwolę sobie je Państwu pokazać, bo jest to kawałek świata, który już nie istnieje, a kiedyś wydawał się ważny i budził duże emocje. Ale zanim przejdę do tej części szczegółowej - pozwolę sobie na ogólniejszą refleksję.
Obecnie mamy telewizję, gdzie jest mnóstwo rzeczy, które można oglądać. Inna rzecz, czy są tam rzeczy które warto oglądać - ale to chwilowo pozostawię na uboczu. Są też narzędzia w Internecie, które pozwalają na autoprezentację. Dla mniej wymagających jest możliwość prezentowania filmów przez siebie sporządzonych na Facebooku (głównie dla znajomych). Dla tych, którzy sądzą, że mogą coś pokazać całemu światu - dostępny jest serwis YouTube. Młodzież ma w tym zakresie swój odrębny system TikTok, gdzie można prezentować krótkie (15 sekund!) filmiki robione przy pomocy smartfonów. Podobno są miliony użytkowników na całym świecie!
Tak więc gdy chcemy - możemy coś oglądać, a gdy chcemy sami się pokazać, to możliwości jest także sporo.
Kiedyś jednak tego nie było, więc powstawały i działały teatry amatorskie. Może jestem staroświecki, ale uważam, że była to lepsza forma rozrywki.
W zespole teatru amatorskiego tworzyła się niepowtarzalna więź, bo każdy trudził się dla wszystkich, a wszyscy troszczyli się o każdego. Częste próby (w moim przypadku dwa razy w tygodniu) przez długi czas (przygotowanie przedstawienia trwało pół roku!) powodowały, że zespół teatru amatorskiego był bardzo zgrany i zżyty, prawie jak rodzina. Co więcej, teksty wystawianych sztuk poznawało się tak dogłębnie, że pamiętam je do dziś i mógłbym wyrecytować obudzony z głębokiego snu w środku nocy. A były to dobre teksty dobrych autorów!
Z kolei publiczność podczas przedstawień amatorskiego teatru cieszyła się nie tylko z tego, że oglądała prezentowaną sztukę (chociaż w tamtych czasach na prowincji to też stanowiło dużą "frajdę"), ale dodatkową radość sprawiało rozpoznawanie na scenie znanych sobie osób - kolegi z tej samej klasy, sąsiada z bloku, dziewczyny spotykanej na ulicy...
Wszystko mija, więc moda na teatry amatorskie też się gdzieś zagubiła. Ale sprowokowany lekturą wspomnianej na początku książki - postanowiłem pokazać kilka zdjęć z moich pierwszych kroków na amatorskiej scenie.
Zacząłem działać w teatrze amatorskim zaraz po rozpoczęciu nauki w myślenickim liceum, w 1961 roku. Oto nasz zespół w całości:
Ciekawe, czy ktoś z Państwa rozpozna mnie na tej fotografii? Niebawem się przyznam, jak wyglądałem, ale najpierw przedstawię osoby dorosłe, siedzące, bez których ten teatr by nie istniał. Przy tych osobach podam nazwiska, bo już nie żyją (niestety) więc ochrona danych osobowych ich nie dotyczy. Natomiast omawiając Koleżanki i Kolegów z zespołu nie będę podawał nazwisk - bo ktoś mógłby sobie tego nie życzyć...
Na pokazanej fotografii w środku (w berecie) siedzi nasza licealna polonistka, pani mgr Zdzisława Koniuszy. Była inicjatorką powstania tego naszego amatorskiego teatru, wybierała dla nas repertuar, zabierała nas do Krakowa na przedstawienia teatralne, żebyśmy poznali klimat prawdziwego teatru, zanim stworzymy ten nasz amatorski. Osoba, którą wspominam z wielkim sentymentem! Po lewej stronie siedzi ówczesny dyrektor naszego Liceum (z wąsem), mgr Józef Blak. Bezpośrednio w działania naszego amatorskiego teatru się nie angażował, ale gdy wynikały jakieś potrzeby (na przykład pieniądze na wypożyczenie kostiumów z Teatru Słowackiego) - to stosowne kwoty asygnował. No i wreszcie trzecia dorosła osoba na tym zdjęciu - to znakomity reżyser ostatecznych wersji naszych przedstawień, którego imienia nigdy nie znałem, a którego nazwisko - przypomniane z trudem - brzmiało zapewne Pitala. Nawiasem mówiąc gdyby ktoś z Czytelników tego blogu poznał tego pana i mógł mi zakomunikować jego pełne nazwisko - to byłbym naprawdę serdecznie wdzięczny!
Z grupy młodzieży wskażę na tym zdjęciu Janka, naszego suflera. Tak, tak - mieliśmy taką "deskę ratunku" gdyby trema spowodował zapomnienie jakiejś kwestii! Janek stoi w środku naszej grupy z otwartą książką - bo taka była jego rola: śledził w tekście każdą wypowiedź i był gotów "podrzucić" brakujące słówko, gdyby ktoś czegoś zapomniał. Ale próby trwały tak długo, że każdy z nas miał wykutą swoją kwestię "na blachę" i chyba Janek nie musiał sięgać do swoich umiejętności podpowiadacza - a był w tym zakresie mistrzem!
Pora przedstawić nas, czyli aktorów. Zrobię to korzystając z fotografii, które były wykonywane podczas premierowego przedstawienia komedii "Śluby Panieńskie" Aleksandra Fredry. Był to największy sukces naszego teatru. Wystawialiśmy to najpierw w Auli Liceum, potem na największej scenie w Myślenicach (w kinie "Wisła"), a potem także w okolicznych miejscowościach - zawsze przy pełnej sali i z mnóstwem braw. Ja grałem w tym przedstawieniu Radosta. Miałem 14 lat, więc żeby odtwarzać tę postać musiałem założyć perukę udającą łysinę, przykleić wąsy i przywiązać sobie z przodu poduszkę, udającą wydatny brzuszek. Dzisiaj bym tego robić nie musiał!
Niestety w pierwszej scenie sztuki (pokazanej na zdjęciu) poduszka się obluzowała i zaczęła mi zjeżdżać do nogawki spodni, stąd niefortunny gest mojej dłoni - bo jak tu łapać na scenie spadający "brzuch"? Razem ze mną w tej scenie występował Janek w roli kamerdynera. Potomek bardzo prominentnej w Myślenicach prawniczej rodziny świetnie się sprawdzał jako służący!
Na kolejnym zdjęciu
występuję obok głównego bohatera sztuki, Gucia, sprawiającego stale kłopoty Radostowi. Ta rola była szczególnie dobrze obsadzona. Wojtek był idolem wszystkich koleżanek - wystarczyło, że się pojawił publicznie na przykład recytując wiersz z okazji jakiegoś święta - a już piękniejsza połowa uczniów naszego Liceum doznawała zawrotu głowy! W "Ślubach Panieńskich" jako główny amant sprawdzał się rewelacyjnie!
Pora przedstawić damy. Tym, którzy pamiętają treść "Ślubów Panieńskich", nie trzeba przypominać, że główną animatorką większości wydarzeń jest Klara. Jasia, która grała tę postać, była także bardzo silną osobowością. Grała bardzo ekspresyjnie, dzięki czemu podkreślona była cała dynamika sztuki. Widać to na poniższym zdjęciu:
Drugą ze "zbuntowanych panien", Anielę, grała Gienia, dziewczyna o bardzo subtelnej urodzie z pięknymi naturalnymi lokami, w rzeczywistości uosobienie łagodności.
Dlatego w jej wykonaniu słynna kwestia:
Ach wy mężczyźni! Piekło was zrodziło!
I nie ma kraju, gdzie by was nie było!
I nie ma kraju, gdzie by was nie było!
brzmiała jakoś mało groźnie :-)
Uosobieniem łagodności (na scenie i w życiu) była też Wanda, która grała Panią Dobrójską.
Na jubileuszu 50-lecia matury w 2015 roku spotkałem Wandę i nie mogłem oczom uwierzyć: Nic się nie zmieniła! Ma nadal bardzo ładną buzię i figurę modelki! Może to doświadczenia sceniczne tak ją uformowały?
Na koniec wspomnę o Antku, który wcielił się w postać smętnego adoratora Klary, płaczliwego Albina.
Tu wybór aktora do tej roli był ewidentnym żartem naszej polonistki, bo Antek był znany w całym Liceum jako "rozrabiaka", bardzo dzielny i zaczepny. A jednak zagrał smętnego Albina tak, że ludzie na widowni płakali ze śmiechu!
Takie to kiedyś bywały amatorskie teatry. I trochę szkoda, że dziś ich nie ma...
