Jednym z elementów PRL, które szczęśliwie udało się przezwyciężyć, była cenzura. Dla osób, które same nie zaznały niedoli związanych z tym biurokratycznym potworkiem, wyjaśniam, na czym ona polegała: Każdy tekst, który miał być opublikowany w książce lub gazecie, był sprawdzany przez specjalnych urzędników, uprawnionych do tego, żeby „nieprawomyślne” fragmenty wykreślać, a w skrajnych przypadkach zakazać publikacji. Znam to z własnych doświadczeń, bo moje pierwsze artykuły i książki publikowałem jeszcze w czasach PRL.

REKLAMA
W okresie Stanu Wojennego (1981 - 1983) cenzurze podlegała także prywatna korespondencja a także podsłuchiwane były rozmowy telefoniczne.
Bardzo to wszystkim dolegało, więc na fali zmian demokratyzujących polską scenę polityczną w 1989 roku cenzura została zniesiona. Nie wyobrażam sobie, by mogła być przywrócona w jakimkolwiek europejskim kraju, zwłaszcza że w Internecie, gdzie istnieje mnóstwo serwisów społecznościowych, takich jak Twitter, Facebook, Instagram itp., a także w sieciach opartych na aplikacjach dla smartfonów, takich jak WhatsApp – byłoby to bardzo trudne. Są wprawdzie kraje, gdzie na komunikację Internetową także nałożono pewne ograniczenia (na przykład w Chinach), ale generalnie do cenzury w tej jej najbardziej brutalnej postaci – powrotu chyba niema.
A jednak osobiście zetknąłem się niedawno z przypadkiem cenzury w czasopiśmie elektronicznym wydawanym przez PAU pod nazwą „PAUza Akademicka”.
Dwutygodnik ten adresowany jest - zgodnie z tytułem - do środowisk akademickich i jest miejscem prezentowania różnych poglądów na różne tematy, przy czym dość często zdarza się, że w jednym numerze ktoś przedstawi jakąś opinię, a w następnym numerze pojawia się komentarz innego autora popierający ten pogląd lub prezentujący odmienne koncepcje.
Jakież więc było moje zdziwienie, gdy Redaktor Naczelny tego pisma kategorycznie odmówił mi publikacji mojego artykułu nadesłanego do redakcji, ponieważ zawierał on polemikę z jego artykułem.
Na zasadzie sprzeciwu wobec każdej formy cenzury pozwalam sobie przytoczyć niżej (z pewnymi skrótami i z usuniętym nazwiskiem redaktora-cenzora) ten odrzucony artykuł, zapraszając do ewentualnych komentarzy. Uwagi proszę przesyłać na mój adres email: rtad@agh.edu.pl.
A oto treść zablokowanego artykułu:
W PAUzie Akademickiej nr 558 rzucił mi się w oczy artykuł (...) zatytułowany „Licealiści, głupcze!”. Tytuł mnie nie zachwycił, zwłaszcza że na AGH bardzo cenimy też absolwentów dobrych techników, ale treść uważam za bardzo ciekawą i chciałbym się do niej odnieść.
Autor wskazuje (słusznie!), że aspiracje do profesji naukowca trzeba rozbudzać już w uczniach szkół średnich, bo to ich wybory związane z kierunkiem wyższego kształcenia, i ich decyzje, czemu się chcą poświęcić po ukończonych studiach – zadecydują o przyszłej kondycji polskiej nauki. Osobiście sądzę, że owo rozbudzanie naukowych aspiracji można rozpocząć wcześniej i sam napisałem kilka książek popularyzujących wiedzę, adresowanych do dzieci w wieku 9 – 12 lat, bo „czym skorupka za młodu nasiąknie...”. Ale z generalną tezą Autora się zgadzam: trzeba popularyzować wyniki badań naukowych a także przedstawiać młodzieży pracę naukową jako fascynującą przygodę intelektualną. Tylko tak zdobędziemy kolejne pokolenia zdolnych i dobrze motywowanych badaczy.
Wydaje mi się jednak, że Autor przecenia wpływ FINANSOWANIA kanałów popularyzacji nauki. Oczywiście owo finansowanie jest konieczne, jeśli przekaz popularyzatorów ma dotrzeć do młodzieży (a także być może do rodziców, zatroskanych o to, jak ukierunkować przyszłą aktywność zawodową swoich dzieci). To jest konieczne – ale niewystarczające.
Skupmy się na wielokrotnie przywoływanym w artykule (...) czasopiśmie „Wszechświat”. Przez wiele lat działałem w jego Radzie Redakcyjnej, publikowałem w nim artykuły, przyznałem podczas pełnienia funkcji rektora AGH stałe dofinansowanie dla tego czasopisma, a gdy już rektorem być przestałem – to żebrałem u moich następców o kolejne roczne transze dofinansowania „Wszechświata”, które do bieżącego roku włącznie zawsze zasilały i zasilają kasę czasopisma. Wiem, jak bardzo by się przydała postulowana przez (...) kwota dofinansowania MEN, umożliwiająca udostępnienie tego czasopisma (i innych podobnych) do bibliotek wszystkich szkół średnich, więc pod tym postulatem podpisuję się obiema rękami.
Ale problem jest nie tylko w tym, że czasopismu doskwiera bieda materialna. Gorsza jest bieda intelektualna, czyli niewystarczająca liczba dobrych tekstów.
Popularyzacja nauki wymaga od autora sporego wysiłku, (...) a w zamian za to popularyzator nie uzyskuje praktycznie nic. Ani owych punktów, za którymi wszyscy się uganiają, ani żadnej formy uznania, ani jakichś życzliwych gestów ze strony kolegów. Absolutnie nic.
W tej sytuacji nie dziwi fakt, że poniosłem totalną porażkę, gdy chcąc przyczynić cytowanemu już tutaj „Wszechświatowi” nowych artykułów związanych z geologią (kiedyś w tym piśmie mocno reprezentowaną!) – wprosiłem się na inaugurację roku akademickiego na Wydział Geologiczny AGH i wygłosiłem płomienną mowę, nawołując do pisania takich publikacji. Rozdałem przy tym wiele egzemplarzy „Wszechświata”, wskazałem, że bardzo cenne byłoby zasilenie pisma mądrością profesorów – emerytów, których spora grupa zasiadała na Auli podczas tej inauguracji, zwróciłem się do pracowników, żeby chcieli „przestrzelać” wstępne, robocze wersje swoich koncepcji właśnie w formie takich popularnonaukowych artykułów, zwróciłem się do doktorantów, żeby chcieli „zdobywać ostrogi” zanim napiszą coś na miarę Nagrody Nobla – właśnie w czasopiśmie popularnonaukowym, powiadomiłem także immatrykulowanych studentów, że „Wszechświat” publikuje także krótkie doniesienia początkujących badaczy.
Nie poprzestałem na przemówieniu: Wyprosiłem u Kanclerza AGH piękną gablotę w jednym z najbardziej ruchliwych miejsc uczelni i regularnie wywieszałem tam wybrane stronice kolejnych numerów „Wszechświata".
Efekt?
Do redakcji nie wpłynęła ani jedna praca!
Rozmawiałem z Dziekanem i usłyszałem: „Co się dziwisz? Przecież to nic nie daje!”.
Myślę, że powinniśmy spowodować, żeby DAWAŁO. Nie w sensie finansowym, bo na to nie ma funduszy. Nie w sensie tych sformalizowanych punktów, bo na to się nie zgodzą ci wszyscy zbiurokratyzowani ewaluatorzy. Ale może w sensie uznania ze strony środowiska? Dobrego słowa od autorytetów naukowych, które nadal funkcjonują i wśród badaczy zdecydowanie się liczą? Jakiegoś minimalnego chociażby sygnału typu: „Ja tego nie robię, ale fajnie, że ty to robisz, bo to ważne i pożyteczne”?
Obecnie tego nie ma. Mówię to z własnego doświadczenia. Przykrego doświadczenia...
Ten powyższy tekst w PAUzie Akademickiej ukazać się nie mógł. Redaktor Naczelny go nie dopuścił. Zadziałała cenzura prewencyjna.
Nie mogę do dziś zrozumieć, DLACZEGO?
Czy ktoś z PT Czytelników tego felietonu może mi wskazać, co w tym moim tekście było niewłaściwego?
Gdyby ktoś chciał dowiedzieć się, z jakim tekstem próbowałem polemizować (zanim mnie zakneblowano) – to oryginał może znaleźć tutaj.
I pomyślmy razem życzliwie o popularyzacji nauki. Bo to naprawdę warto robić!