kościół Bernardynów w Krakowie

A więc stało się. Sezon ekshumacji uważam za otwarty. Dziwne – nie było protestów, czarnych marszów, bojkotu. Tylko takie jakieś niewyraźne oburzenie. Z pewną taką nieśmiałością, jak by napisał klasyk copywritingu. A szkoda, bo „naczelnik państwa” już kilka dni temu zapowiedział możliwość powrotu do kary śmierci. Bowiem jeśli wykopywanie ciał z grobów ma być tylko zabiegiem politycznym, to tłum wkrótce się znudzi. Wtedy trzeba będzie zaspokoić jego rządzę nowych wrażeń. Jak? Wkładając nowe trupy do nowych grobów.

REKLAMA
Tak, wiem. Żyjemy w XXI wieku i pewnie rzeczy po prostu u nas nie przejdą. Przecież nasi sojusznicy, potężne Stany Zjednoczone, nie pozwolą na takie barbarzyństwo. Zaraz! W XX wieku mówiliśmy to samo. Kiedy w Kosowie wydłubywano jeńcom oczy, czemu przyglądał się cały świat, kiedy Rwanda spływała krwią upuszczaną maczetami, kraje zachodnie za wszelką cenę nie chciały uznać tego za ludobójstwo. Dziś, kiedy najwięksi sojusznicy świata zachodniego na Półwyspie Arabskim ścinają głowy w imię religii i, de facto, polityki, zdaje się słyszeć: „Nic się nie stało, Saudyjczycy, nic się nie stało…
A my? Jak ci bohaterowie z wiersza Kofty, stoimy nad tymi grobami, „jakby po piwo, albo ćwiarę”. Nie obchodzi nas, a może wręcz czekamy na to, niczym na upiorny film, podczas którego niejedna kropla potu zrosi nasze czoło. Bo, jak ostatnio powiedział Smarzowski, „dzikość idzie z człowieka”, a ten festiwal, który zawstydziłby samego mistrza Baudelaire’a, to przecież nic innego, jak dzikość. Dzikość grzebania w ludzkich szczątkach, zaglądania przez palce albo ze ślinotokiem fascynacji tam, gdzie ciemno i straszno.
Przyznajmy szczerze. Wydaliśmy milczącą zgodę na okrucieństwo. Tak! Okrucieństwo. Tylko takie niby tycie, bo dotyczy szperania w zgniłych trupach. Każdy, kto przeżył tragedię nagłej straty bliskiej osoby wie, jak delikatna jest blizna, która zasklepia tę ranę. Z chwilą otwarcia każdego grobu rozerwane zostaną rany tych, którzy cierpią bez swoich ukochanych. Bo nie ma takich milionów, które ten autentyczny ból uśmierzą. Nie ma takich słów, które to wytłumaczą. To okrucieństwo odarcia tych rodzin z prawa do przeżywania straty. Telewizje będą zaglądać im przez ramię, kiedy będą ronić kolejne łzy, a wszyscy ziemkiewicze, gmyzy, pereiry i stankiewicze będą zalewać przestrzeń refleksjami, które chyba jako jedyne zdołają przykryć smród otwieranych trumien.
A potem będą kwiaty. Potem ordery i nagrody. Pochody, przemówienia, kolejne apele. I będą winni. Oni. Posortowani, nie-Polacy, nie-ludzie. A tłum będzie się targował. Musi być głos? Musi być kara. I ma być straszno. Straszniej! I będzie śpiew. Winni do urny, głos do urny.