kamienskie.info

Te słowa wybrzmiewały, w 35. rocznicę wprowadzenia stanu wojennego, na polskich ulicach na tyle często, aby zatrzymać się chwilę nad zasadnością ich wypowiadania 13 grudnia 2016 roku. Czy zatem jest się czego bać? A jeśli tak, to czego? Zbrojnego tłumienia antyrządowych demonstracji? Aresztowań w środku nocy? Ataków na opozycjonistów dokonywanych przez nieznanych sprawców? Nie sądzę. Mimo to, jest się czego bać. Strachu.

REKLAMA
W podręcznikach psychologii zjawisko przemocy opisywane jest jako usystematyzowany rytuał, dzięki któremu oprawca zdobywa kontrolę nad swoją ofiarą. To m.in. systematyczne wywoływanie urazu psychicznego, osłabianie ofiary, pozbawianie jej związku ze światem zewnętrznym, wywoływanie uczucia przerażenia, bezradności poczucia własnej podmiotowości. To także dyskredytacja ofiary, jej wspomnień, wielkich i małych sukcesów, poczucia zakorzenienia.
Gdy więc popatrzymy wstecz, na ostatnie kilkanaście miesięcy, możemy odnieść wrażenie, że taki rytuał dokonuje się regularnie na skalę masową. Ubliżanie i poniżanie opozycji, ba! porównywanie jej członków i sympatyków do zwierząt, odbywa się regularnie i nieustannie. Jesteśmy obiektem ataków, które mają w nas zaczepić poczucie własnej bezwartościowości. I choć Ego się opiera, Id nie jest już tak czujne. A kropla, jak mówi ludowe przysłowie, drąży skałę.
Dokonywany z premedytacją podział rozbijający poczucie wspólnoty, to nic innego jak implementowanie narodowej dwubiegunowości, a wręcz schizofrenii. Choroby, w wymiarze wspólnoty, już nie tylko psychiki, ale co ważniejsze duszy. To rozgrzebywanie ran u jednych, a ich zadawanie drugim ma doprowadzić do pogłębiającego się stanu zranionej istoty (zbiorowego bytu), która odreagowuje swój ból agresją lub apatią.
Wymazywanie z kart historii sukcesów lat ostatnich. Dezintegracja i bezczeszczenie autorytetów. Opluwanie symboli i brutalna zamiana ich wszystkich na narzucone fetysze nowej rzeczywistości, dziś wydaje się groteskowe, ale po pięćdziesiątym, setnym, tysięcznym głosowaniu, które będzie udowadniać, że wola niepokornej części społeczeństwa nie ma w sobie żadnej mocy sprawczej, w końcu doprowadzić ma do rezygnacji. Nowe symbole w takiej sytuacji będą tak długo i często narzucane, aż w końcu te stare zostaną zapomniane. Wszystko zostanie podważone i nic nie będzie miało już wartości. Nawet te nowe symbole. Bo nie o wartość tu chodzi, ale o brak kotwicy, która jest daje siłę oporu przed kolejnymi burzami.
Ale nie dajmy się zastraszyć. Nie dajmy sobie wmówić, że można tak łatwo zrealizować scenariusz oprawcy wobec narodu, który potrafi obronić własnej godności. Nie pozwólmy jednak sobie na emocje, które są świadomie wywoływane. Człowiek uczestniczący w innej manifestacji, to w końcu rodak, sąsiad, współpracownik, rodzic przyjaciół naszych dzieci. Mówmy NIE ze stanowczością, ale jednocześnie z godnością. Pielęgnujmy pamięć o swoich sukcesach, uczmy się o nich, opowiadajmy z dumą i radością. Nie pozwólmy sobie jednak na strach. Strach pojawia się w nas jeśli tylko na to pozwolimy. Strach jest przede wszystkim w tych, którzy chcą go zasiać, a Ci którzy są podatni na te argumenty boją się tak samo a może nawet trochę mniej, niż jego demiurgowie. Nie dajmy się zastraszyć, bo strach jest źródłem agresji. Agresja jest łatwa, porywcza i w końcu efemeryczna. Szacunek, pamięć, wspólnota, zaufanie są trudne ale za to stabilne i trwałe. Bo w końcu jesteśmy jedno i to samo drzewo.