Wojciech Andrearczyk z morświnem w Bydgoszczy.
Wojciech Andrearczyk z morświnem w Bydgoszczy. Fot. Dawid Kilon.

"Jest piękna" - tak o samicy morświna, a właściwie o jej makiecie jak żywej, mówi Wojciech Andrearczyk z Błękitnego Patrolu WWF, który przez ostatnie cztery tygodnie objechał całą Polskę z tym niezwykłym krewniakiem delfina z Bałtyku. Już jutro finał tegorocznej Godziny dla Ziemi WWF - Godziny dla Morświna. A do końca marca można podpisywać apel w obronie morświna na www.godzinadlaziemi.pl

REKLAMA
Przed Tobą ostatnia morświnowa prosta. Prawie miesiąc w drodze i 21 miast. Dlaczego postanowiłeś objechać z morświnem Polskę?
Wojciech Andrearczyk: Decydując się na działanie w Błękitnym Patrolu WWF nie mogłem odmówić podjęcia się tej „misji”. Od początku postawiłem sobie jasny cel: powiedzieć wszystkim o zwierzęciu, którego niebawem może już nie być. I przekonać, że wszyscy musimy mu pomóc. To było duże wyzwanie. A ja lubię wyzwania.

Kiedy po raz pierwszy usłyszałeś o morświnie?
Morświna znałem od dawna, ale tak naprawdę poznałem go na jednym z pierwszych „patrolowych” szkoleń. Ten ssak morski — wpisany w logo Stacji Morskiej Instytutu Oceanografii Uniwersytetu Gdańskiego na Helu, które znajduje się między innymi na naszych patrolowych ubraniach — nie był mi jednak nigdy zbyt bliski. Wygrywały z nim foki. Po powrocie znajomych z duńskiego Kerteminde, gdzie morświny można obserwować tak w naturze jak i w morświnarium, obejrzeniu ich zdjęć, filmów i opowieściach zdałem sobie sprawę jak bardzo jest to wyjątkowe zwierzę.

Wstąpiłeś do Błękitnego Patrolu WWF, bo...
W jednym z portali internetowych przeczytałem tekst, że poszukiwane są osoby, które „mieszkają na polskim wybrzeżu Bałtyku i chcą przeżyć ciekawą przygodę”. Zbiegło się to z dużymi zmianami zawodowymi w moim życiu. Podświadomie czułem, że muszę zwolnić tempo. Zająć się bardziej rodziną, sobą i pomocą innym. Dlaczego to nie miałyby być foki? - pomyślałem. Planowałem od czasu do czasu „podskoczyć” nad morze i „tam podziałać”. Decyzją WWF zostałem jednak skierowany... nad Zalew Wiślany, blisko którego mieszkam. Pomyślałem, że będę strasznie się nudził. Myliłem się. Z ramienia Patrolu uczestniczyłem w konsultacjach społecznych dotyczących obszaru Natura 2000 na Zalewie Wiślanym, czy związanych z przekopem Mierzei Wiślanej. Były też liczne szkolenia, które poszerzały moją wiedzę. A także wyjazdy do trzech zgłoszonych fok, znalezionych właśnie w Zalewie.
Czym zajmujesz się na co dzień?
Jestem właścicielem firmy, która wydaje Portal Braniewo. Spełniam się tam jako dziennikarz, jednocześnie współpracuję z Radiem Olsztyn. Dużo mojego czasu pochłaniają dzieci: 8-letni Mikołaj i 6-letnia Dominika. W wolnych chwilach biegam.

Zacząłeś swoją podróż z morświnem 3 marca, w Rzeszowie. Jakie były te początki?
Dobrze pamiętam pierwszy dzień w Rzeszowie. Deszcz, śnieg i zimno. Pogoda była naszą jedyną przeciwniczką podczas całej wyprawy. Ale od początku spotykaliśmy się z dużym zainteresowaniem mediów i ciepłym przyjęciem ze strony mieszkańców i samorządowców. Tak ja, jak i towarzyszące mi wolontariuszki, szybko odnaleźliśmy się w tej trochę nietypowej dla nas rzeczywistości i zaczęliśmy myśleć „morświnowymi kategoriami”.
A potem? Które miasta i miejsca zapadły Ci najbardziej w pamięci?
Każde miasto było na swój sposób wyjątkowe. Niektóre jednak starały się wyróżnić. W Krakowie witał nas Lajkonik, zaś morświn jeździł... tramwajem. We Wrocławiu byliśmy w tamtejszym ZOO, przy Afrykarium. W Poznaniu mogłem pobiec dla morświna, bo akurat trafiliśmy na 10-kilometrowy bieg. W Toruniu, Białymstoku, Elblągu i Słupsku dużo czasu spędziliśmy z dziećmi i młodzieżą. To najbardziej chłonna wiedzy grupa. Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie Bydgoszcz, ogromnym wręcz zainteresowaniem mieszkańców. W Olsztynie oglądaliśmy zaćmienie Słońca. W Sopocie morświn zrobił sobie setki zdjęć z osobami, które postanowiły ustawić się na plaży w kształcie morświna i wykąpać się w Bałtyku. Szczecin i Słupsk to działanie we wzmocnionej ekipie — dołączyli do mnie inni wolontariusze Błękitnego Patrolu. Pokazując, że to świetna, zgrana ekipa, gotowa na każde działanie.
Czy ludzie zaczęli rozpoznawać morświna na ulicach? A może krzyczeli orka, ryba?
Im dalej na północ, tym było lepiej. Rzeczywiście, pierwsze skojarzenie to było „ryba”, lub „orka”. Zdarzało się też „delfin” i prawidłowe „waleń”. Ale „morświn” — przynajmniej na początku — było rzadkością. Bardzo pomogli nam dziennikarze wszystkich mediów. Wiele z tych osób, które mówiły „morświn” przyznawało, że słyszało o naszym ssaku i całej wyprawie dzięki akcji WWF. Często duże zdziwienie budził także fakt, że takie piękne zwierzę żyje w naszym Morzu Bałtyckim.
Jak wygląda ten Twój morświn, a właściwie dorosła samica morświna?
Jest... piękna! I mogą to poświadczyć moi znajomi w Polsce, którzy specjalnie „łapali” mnie i morświna, żeby sobie z nim — a właściwie z nią — zrobić zdjęcie. Bez morświna akcja nie miałaby takiego wymiaru. Model w skali 1:1 budził zainteresowanie i skrajne określenia: od „taki mały?!” po „taki duży?!”. Dzięki niemu mogliśmy wyjaśnić najmłodszym jak morświn pływa, jak wygląda jego płetwa, jak nabiera powietrza i gdzie ma „nos”.

Przydała się dobra kondycja. Jesteś biegaczem i morsem?
Aktywny tryb jest wpisany w życie chyba wszystkich patrolowiczów. Wielu z nas biega, chodzi z kijkami, pokonuje pieszo długie dystanse, jeździ na rowerach czy kąpie się zimą. Bieganie to dopiero od niedawna odkryta pasja. A morsowanie to samo zdrowie, miliony endorfin, świetne poczucie humoru i sposób na poznanie nowych ludzi.
W Sopocie wszedłeś do Bałtyku dla morświna, i co jeszcze czeka morświna?
Cieszę się, że w akcję zaangażowały się morsy z kilku miast Polski, a także z tego, że udało mi się namówić do kąpieli nową osobę. W Poznaniu pobiegłem dla morświna na dystansie 10 kilometrów. Morświn kąpał się także w basenie w Gorzowie Wielkopolskim, pływał w stawie w Bydgoszczy. Był w wielu miejscach i mam nadzieję, że jeszcze o nim niejeden raz usłyszymy. Ja spędziłem w podróży fascynujące cztery tygodnie. Nie tylko mówiąc o morświnie i zachęcając do podpisania naszego apelu, ale także dobrze się bawiąc i zwiedzając.
Co każdy z nas może zrobić, żeby pomóc morświnom w Bałtyku?
Do końca marca podpisujcie apel na stronie www.godzinadlaziemi.pl. W ten sposób mieszkańcy całej Polski mogą pokazać, że ginące morświny są problemem nas wszystkich. Każdy, kto podpisze ten apel, wesprze działania WWF Polska zmierzające do zatwierdzenia programu ochrony morświna, który od dwóch lat czeka w ministerialnej szufladzie na wyłożenie do konsultacji. Morświna można także adoptować, tak jak zrobił to znany aktor Marcin Dorociński, który jest twarzą i głosem naszej kampanii. Ważne jest też, aby każdy z nas dbał o czystość wody, bo zdecydowana większość Polaków żyje w zlewisku Bałtyku. W ten sposób również pomożemy morświnom.
Dziękuję za rozmowę.