O autorze
Jestem ekonomistą, który stara się zrozumieć co się dzieje na świecie. Staram się też rozumieć różne punkty widzenia. Drażni mnie niekompetencja. Nie lubię teoretycznego doktrynerstwa. Nie cierpię populizmu w żadnej formie, ani „pseudosocjalnej” ani „pseudoliberalnej”. Zdaje się, że należę przez to do mniejszości, ale nie wykluczam że komuś może to odpowiadać.

Minister, prezes i diabły

No i parę słów o taśmach... ale tylko z punktu widzenia ekonomii. Bo wszyscy emocjonują się językiem i politycznymi wpadkami podsłuchowanych, a mało kto zwraca uwagę na pewne całkiem racjonalne problemy, których dotknęli w rozmowie Belka i Sienkiewicz.


O udziale diabłów w nieszczęsnej rozmowie prezesa Belki z ministrem Sienkiewiczem można powiedzieć bardzo wiele.

Można powiedzieć, że minister diabli wiedzą czemu zapędził się na obszary ekonomii, gdzie – sądząc z cytowanych wypowiedzi – wydaje się być całkowitym ignorantem. Że prezes diabli wiedzą czemu dał się zwabić na tereny polityki od których – zgodnie z jego własnymi wypowiedziami – od dawna postanowił trzymać się z daleka. Że obaj diabli wiedzą czemu wciągnęli w paskudną sytuację ludzi, z którymi powinni współpracować (minister – rząd, prezes – Radę Polityki Pieniężnej), za co należy im się od wszystkich postawionych w tej trudnej sytuacji serdeczny kopniak. No i oczywiście można powiedzieć, że diabli wiedzą czemu swoje idiotyczne rozmowy dali nagrać.


Nie sądzę jednak, by o ich rozmowie dało się powiedzieć to, co wszyscy chcieliby powiedzieć najbardziej – że oznaczały one piekielne złamanie prawa, albo naruszenie niezależności banku centralnego. Najważniejsze nie jest bowiem to, jak głupie scenariusze polityczne formułuje minister, ani jak wiele ciepłych słów ma do powiedzenia o RPP prezes. Najważniejsze jest to, co znalazło się na marginesie całej „afery”: bardzo zasadne pytanie, w jaki sposób bank centralny powinien współpracować z rządem w celu utrzymania stabilności finansowej kraju.


Prezes Belka mówił o tym, że NBP powinien posiadać bardziej skuteczne narzędzia interwencji w obronie złotego w sytuacjach kryzysowych. Narzędziem takim jest przede wszystkim sprawny, nieograniczony skup obligacji rządowych w sytuacji, gdyby państwu groziła finansowa zapaść. NBP takiego cuda w swoim arsenale nie ma – podczas gdy ma go i Fed, i Bank Anglii, i Bank Japonii, dzięki czemu nikomu do głowy nie przychodzi myśleć o bankructwie USA czy Wielkiej Brytanii nawet w sytuacji kryzysowej.


Z tym, że narzędzie takie jest w niespokojnych czasach naprawdę potrzebne, można się zgodzić (co nie oznacza, że zgadzają się z tym wszyscy – część ekonomistów twierdzi, że istnienie takiej siatki ratunkowej dla rządów będzie je zachęcać do mniej odpowiedzialnej polityki finansowej). Diabeł tkwi jednak w szczegółach – a mianowicie w tym, kiedy takiego narzędzia wolno użyć. Minister Sienkiewicz sugerował, że może ono służyć zwiększaniu szans wyborczych rządu. Prezes Belka w otwarty sposób nie zaprotestował (o co można mieć do niego grube pretensje), ale chyba myślał raczej o sytuacjach prawdziwego kryzysu finansowego, a nie o kampanii wyborczej.

Proponowane dziś zmiany w ustawie o NBP mają na celu danie bankowi do ręki tej piekielnie skutecznej – ale potencjalnie niebezpiecznej – broni. Brakuje w nich jednak jasnego mechanizmu podejmowania decyzji, upoważniającej NBP do jej wykorzystania. Takiego, który gwarantowałby jej użycie tylko w obliczu konieczności ratowania waluty, a nie np. w celu wspierania partii politycznych. Prezes i minister swoją głupią rozmową rozbudzili tylko wątpliwości co do sensu dozbrojenia NBP, oddając krajowi diabelską przysługę. Oni napletli, a diabły chichoczą, bo a nuż uda się dzięki temu doprowadzić kiedyś w Polsce do finansowego kryzysu.







Opublikowane w Rzeczpospolitej, 20.06.2014