O autorze
Dobre jedzenie jest jedną z naszych pasji.

Uwielbiamy odkrywać nowe krainy smaków i zapachów, ale też cenimy sobie powroty do znanych i sprawdzonych miejsc na naszej kulinarnej mapie. Lubimy dać się zaskakiwać: niecodziennym zestawieniem smaków, ciekawymi pomysłami na podanie dania. Ale sami także eksperymentujemy, wymyślamy nowe kombinacje, mieszamy najróżniejsze składniki. Naszą ciągłą inspiracją są podróże – nie tylko te dalekie, kiedy nasze kubki smakowe spotykają się z kulinarnym dziedzictwem innych narodów. Podróże bliskie, do innego regionu, miasta, wioski, dostarczają nam okazji do odkrycia nieznanych smakołyków w lokalnych restauracjach czy wytwarzanych przez niewielkie rodzinne firmy. Kochamy targowiska i jarmarki, ich niesterylny nieład i sezonową obfitość: na nich właśnie najlepiej lubimy wymyślać, co zjemy na kolację.

Kilka lat temu stworzyliśmy markę „Spiżarnia”, dzięki której smakosze mogą popróbować tradycyjnych, oryginalnych polskich przysmaków: konfitur, soków, syropów, miodów prosto z pasieki, przetworów i rozmaitych słodkości.

Mieliśmy pewien kłopot z nazwaniem naszego stylu gotowania. Po długiej burzy mózgów zdecydowaliśmy się na nazwę www.zniejednegogarnka.pl„Z niejednego garnka”[/url], bo faktycznie z różnych garnków pochodzą nasze kulinarne inspiracje.

Buzara we włoskim garnku

Nie można wyjechać z Chorwacji, nie spróbowawszy tamtejszej buzary. Danie to nieskomplikowane i szybkie w przygotowaniu, ale mało jest potraw, które tak cieszą głęboko morskim, świeżym smakiem. Każdy, kto lubi krewetki, małże, owoce morza, czy jakiekolwiek ich kombinacje, buzary spróbować powinien.


Skąd pochodzi nazwa buzara i sama potrawa, nie do końca chyba wiadomo. Przez Chorwację, jak zresztą i cały ten rejon Europy przelewały się najrozmaitsze kulinarne wpływy, zostawiając po sobie często nienazwane wspomnienia w rondlach i na talerzach mieszkańców. Po chorwacku „buzara” to tyle co dusić lub duszona potrawa. Kucharz, który naszą buzarę przygotował, twierdził jednak z przekonaniem, że nazwa tej smakowitości pochodzi z włoskiego, gdzie istnieje podobne słowo na rondel, w którym potrawę przygotował. Właściciel restauracji, słusznej jak na restauratora postury przystało, łagodnego był raczej usposobienia, bo w polemikę ze swoim kucharzem nie wchodził. Utrzymywał jednak, że przepis na jego buzarę pochodzi z Istrii, gdzie się wychował i skąd na wiele lat wyemigrował, aby prowadzić chorwacką restaurację w Kolonii, a odłożywszy trochę grosza, na jesieni życia wrócił do ojczyzny, kontynuując swą szlachetną kulinarną misję. Przyszło nam zatem próbować buzary duszonej we włoskim garnku, według przepisu z Istrii, niepozbawionej zapewne wpływów niemieckich, ale za to ze znakomitej jakości składników.

Przygotowując buzarę trzeba uważać jedynie na to, aby szlachetnych jej ingrediencji nie zepsuć nadmiarem dodatków czy niepotrzebnym mieszaniem. Do głównych składników tej potrawy należą bowiem langustynki (od biedy mogą być duże krewetki) oraz najrozmaitsze małże – od małych vongole do słusznych rozmiarów omułków, o czarno-perłowych muszlach. Reszta to tylko dodatki, podkreślniki smaku, wyostrzacze aromatu, zagęszczacze smakowicie spływającego po palcach jedwabistego sosu. Najpierw trochę oliwy – cierpliwie tłumaczył nam restaurator – najlepiej z własnego ogrodu, na nią wrzucamy trochę wyciśniętego czosnku i drobno posiekanej cebuli, kilka łyżek przetartego pomidora, kieliszek białego wina, lub dwa – jeśli rondel duży. Wszystko to doprawiamy solą i drobno zmielonym pieprzem, a na koniec wrzucamy uczciwą garść tartej bułki i trochę posiekanej natki pietruszki. Do rondla władamy dokładnie umyte owoce morze i zalewamy tak przygotowanym sosem. Całość dusimy na wolnym ogniu, potrząsając od czasu do czasu garnkiem, nie mieszając.

Taką właśnie wstrząśnięta, nie zmieszana buzara (ciekawe, co na to powiedziałby James Bond), pojawiła się przed nami parująca jeszcze w ciepły chorwacki wieczór. Przez buzarową parę majaczył nam widok pobliskiego portu i nabrzeża, ale nie daliśmy się zdekoncentrować i całą naszą uwagę poświęciliśmy wyławianiu co dorodniejszych okazów morskiej fauny z czerwonawego sosu. Takie nabożne skupienie przy spożywaniu buzary zostało dostrzeżone, bo nasz restaurator zaproponował nam w okazyjnej cenie kupno butelki całkiem mięsistego Barbatu, a do tego dołożył małą flaszeczkę grappy własnej roboty, najwyraźniej kontent, że gościom jego potrawa tak przypadła do gustu.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
WYWIAD 0 0"Położył to expose". Ekspertka od mowy ciała wylicza, co "zdradziło" Morawieckiego
O TYM SIĘ MÓWI 0 0Trybunał Konstytucyjny zmiażdżył reformę PiS. Przełomowy wyrok ws. długów szpitali
POLECAMY 0 0Skąd ten zachwyt nad Zandbergiem? 12 mocnych cytatów z wystąpienia lidera Lewicy
0 0"Śpieszmy się kochać kandydatów do TK". Chojna-Duch kpi z decyzji PiS
Żółty Tydzień 0 0Jeden organ, 500 funkcji. Taka jest wątroba. Jakie choroby mogą ją zniszczyć?
0 0Chorujesz na jaskrę i uwielbiasz jogę? To połączenie może nie być dobre dla oczu
WYWIAD 0 0"Zachowanie Klarenbacha było chamskie". Posłanka Wiosny wyjaśnia, dlaczego uparcie chodzi do TVP
O TYM SIĘ MÓWI 0 0Nie chcemy nudy, chcemy DRAMY. Ten odcinek "Rolnik szuka żony" zaspokoił odwieczną ludzką potrzebę
RECENZJA 0 0Bez coming outu Elsy, ale wciąż "ma tę moc". O "Krainie lodu 2" znów będzie głośno