
Skąd przyszła do nas ta moda? Trudno powiedzieć. BYO – czyli „Bring Your Own” wywodzi się oczywiście z angielskiego i oznacza konsumpcje przyniesionego przez siebie własnego jedzenia lub alkoholu. Nie chodzi tu bynajmniej wyłącznie o popularne np. w Australii miejsca, gdzie przychodzi się coś zjeść, ale alkohol do jedzenia przynosi się własny. BYO to również zwyczaj przynoszenia własnego jedzenia do pracy, który zastępuje odżywianie się w biurowej stołówce czy wychodzenie na szybki korpo-lunch na mieście. W Polsce moda ta miała oczywiście początkowo pod górkę. W końcu, sieci fast-foodów, barów sałatkowych czy sushi barów są u nas zjawiskiem ciągle relatywnie nowym i niektórym ciągle jeszcze wydaje się, że w dobrym tonie jest wyskoczyć w przerwie na lunch do Mc Donalda czy zamówić do biura pizzę lub – w wersji bogatszej, dla menadżerów – sushi. Coraz częściej jednak, wzorem amerykańskich czy zachodnioeuropejskich kolegów – nasze białe kołnierzyki ochoczo przynoszą do swoich biur pudełeczka z domowym jedzeniem, które potem ze smakiem zajadają podczas przerwy.
