Dziennikarze "Wprost" popełnili masę błędów przy spisywaniu taśm PO.
Dziennikarze "Wprost" popełnili masę błędów przy spisywaniu taśm PO. Fot. Screen z facebook.com/LatkowskiSylwester

Tygodnik "Wprost" dostał nagrania, które opublikował zaledwie kilkadziesiąt godzin przed zamknięciem numeru. Praca nad nimi przebiegała w szaleńczym tempie, co odbiło się na jakości artykułów. Nie dość, że nie zweryfikowano informacji i nie pozwolono bohaterom odnieść się do nagrań, to wygląda na to, że popełniono szereg błędów w samym spisywaniu rozmów.

REKLAMA
Poza ku***mi i ch***mi w rozmowach Marka Belki z Bartłomiejem Sienkiewiczem czy Radosława Sikorskiego z Jackiem Rostowskim używane jest dość wysublimowane słownictwo, a porusza się nie tylko tematy pognębienia konkurentów politycznych. I o ile zrozumiałe jest, że nie opublikowano obszernego fragmentu, gdzie Belka i Sienkiewicz prowadzą erudycyjną rozmowę o zderzeniu cywilizacji, bo nikogo by to nie zainteresowało, to błędne przepisanie ich rozmów pozostawia wiele do życzenia.

A wraz z publikowaniem na YouTube kolejnych fragmentów nagrań w aferze taśmowej PO okazuje się, że stenotypiści "Wprost" zaliczyli sporo wpadek. I tak najważniejszym (z politycznego punktu widzenia) punktem drugiej publikacji był fragment o "dealu Seremeta z Tuskiem". Tyle że takie słowa nie padły. Radosław Sikorski mówi "To jest ewidentny deal Seremeta z PiS-em. To, co robią". Trzeba przyznać, że to spora różnica. Podobnie jak pisanie o "dygotalnym" Jerzym Hausnerze, chociaż Belka mówi o nim "piwotalny" (czyli obrotowy).

Dziennikarze pomylili także miejsce nagrania spotkania Sikorski-Rostowski – we "Wprost" napisano, że to także "Sowa i przyjaciele". Później Michał Majewski na Twitterze prostował, że to jednak Amber Room w Pałacyku Sobańskich. Problem w tym, że "Wprost wydrukowano w 300 tys. egzemplarzy, a profil dziennikarza obserwuje 17,8 tys. osób.