
Tygodnik "Wprost" dostał nagrania, które opublikował zaledwie kilkadziesiąt godzin przed zamknięciem numeru. Praca nad nimi przebiegała w szaleńczym tempie, co odbiło się na jakości artykułów. Nie dość, że nie zweryfikowano informacji i nie pozwolono bohaterom odnieść się do nagrań, to wygląda na to, że popełniono szereg błędów w samym spisywaniu rozmów.
A wraz z publikowaniem na YouTube kolejnych fragmentów nagrań w aferze taśmowej PO okazuje się, że stenotypiści "Wprost" zaliczyli sporo wpadek. I tak najważniejszym (z politycznego punktu widzenia) punktem drugiej publikacji był fragment o "dealu Seremeta z Tuskiem". Tyle że takie słowa nie padły. Radosław Sikorski mówi "To jest ewidentny deal Seremeta z PiS-em. To, co robią". Trzeba przyznać, że to spora różnica. Podobnie jak pisanie o "dygotalnym" Jerzym Hausnerze, chociaż Belka mówi o nim "piwotalny" (czyli obrotowy).
@KamilDziubka Dygotalny okazał się piwotalnym, grawitacja gravitasem, 8 lutego robił za 6 lutego... @Szamotikon @DidiDlugosz
— Tomasz Skory (@TomaszSkory) czerwiec 26, 2014
@JNizinkiewicz taki zapis podaje Wprost. Jak mieliśmy to do dziś zweryfikować? @sikorskiradek
— Dominika Długosz (@DidiDlugosz) czerwiec 26, 2014
"Deal Tusk-Seremet" to była jedyna naprawdę mocna kwestia na taśmie Sikorski-Rostowski. Teraz rzeczywiście nie wiadomo, po co ją poznaliśmy.
— Agaton Kozinski (@AgatonKozinski) czerwiec 26, 2014
Dziennikarze pomylili także miejsce nagrania spotkania Sikorski-Rostowski – we "Wprost" napisano, że to także "Sowa i przyjaciele". Później Michał Majewski na Twitterze prostował, że to jednak Amber Room w Pałacyku Sobańskich. Problem w tym, że "Wprost wydrukowano w 300 tys. egzemplarzy, a profil dziennikarza obserwuje 17,8 tys. osób.
