Grupa naTemat

Praca na platformie wiertniczej - jeśli dasz radę, zarobisz nawet 400 euro dziennie. "To więzienie na życzenie"

Praca na platformie wiertniczej - jeśli dasz radę, zarobisz nawet 400 euro dziennie. "To więzienie na życzenie"
Praca na platformie wiertniczej - jeśli dasz radę, zarobisz nawet 400 euro dziennie. "To więzienie na życzenie" Fot. Dominik Werner / Agencja Gazeta
Praca na platformie wiertniczej w wyobrażeniu przeciętnego Polaka wygląda tak: gigantyczne zarobki, za które płaci się wielotygodniową nieobecnością w domu. Wygląda na idealne zajęcie dla młodego i silnego faceta bez sentymentów, którego nic nie trzyma w kraju, a który chciałby dużo zarobić w krótkim czasie. Ale czy opowieści o pracy na platformie są prawdą?

W internecie pełno jest ogłoszeń o pracy na platformach wiertniczych, które porównuje się do miniaturowych miast. Powoduje to, że potrzeba tam osób o najróżniejszych umiejętnościach, również tych bez wyższego wykształcenia i specjalistycznych umiejętności. Jednak nawet najprostsze zadania będą wymagały od kandydata przynajmniej komunikatywnej znajomości języka angielskiego, bardzo dobrego stanu zdrowia i ukończenia branżowych kursów.

Kto ma największe szanse na pracę na platformie?

Mężczyźni w wieku od 20 do 50 lat, lecz z uwagi na to, że platforma to duży i potężny zakład pracy przypominający osiedla znajdzie się tam miejsce również i dla kobiet. Cenieni są fachowcy od wierceń, chemicy, personel medyczny, pielęgniarki, lekarze, rehabilitanci, personel hotelowy i gastronomiczny. Nie zabraknie miejsca dla elektryków, ślusarzy, spawaczy i mechaników. Czytaj więcej

źródło: platformywiertnicze.blogspot.com
Praca na platformach wiertniczych fascynowała młodych ludzi od dziesięcioleci. Jasza Szaszkiewicz był pionierem pracy na platformie wiertniczej i prawdopodobnie nie ma w Polsce nikogo, kto miałby większe doświadczenie w tej dziedzinie. Pracował na Ekofisk, jednym z najstarszych złóż ropy naftowej w norweskiej części Morza Północnego.
Zadecydował przypadek
Do Norwegii uciekł w 1969 roku. Został jej obywatelem i realizował się sportowo. Któregoś dnia odwiedził go znajomy z południowej Afryki i poprosił o pomoc w znalezieniu pracy na platformie wiertniczej. Był to okres początków eksploracji norweskich złóż ropy i Norwegowie nie palili się do pracy na platformach. Uważali, że to zabija ich ryby i byli sceptycznie nastawieni do tego rodzaju biznesu. – Poszedłem do miejsca rekrutacji i spotkałem kolegę. Powiedział, że nie załatwi pracy mojemu znajomemu z Afryki, ale mi owszem. Wyjechałem na tydzień i zostałem tam na pięć lat – mówi Jasza.
Jasza Szaszkiewicz

Byłem emigrantem i nigdy nie przyszło mi do głowy, że będę zarabiał setki tysięcy dolarów. Gdy wyjeżdżałem z Polski, chodziło mi wyłącznie o wolność. My chcieliśmy mieć jakąkolwiek pracę, a na platformie czuliśmy, że bierzemy udział w czymś ważnym.

Mój rozmówca pracował na dużej platformie, po której można było przejść suchą nogą dwa kilometry. – To przypominało projekt wystrzelenia Apollo na księżyc, tylko jeszcze większe – wspomina. Jak mówi, była to ciężka i "dziwna" praca. Platformy nie były jeszcze tak nowoczesne jak dziś i pracowało się w stałym napięciu.


Bogactwo za cenę życia
– Cały czas coś nam groziło. Zawalenia, eksplozje... Dość często do nich dochodziło. Najpierw kilka osób straciło życie na A (Alphie), gdzie eksplodowała rura, przez którą drążono ropę i platforma się zapaliła. Później zapaliła się platforma B (Bravo). Z czasem zaczęto konstruować zupełnie nowe, zabezpieczone rury i przestało dochodzić do tylu wypadków – wspomina.

Były to czasy, gdy baryłka ropy kosztowała 80 centów. Dziś kosztuje sto dolarów. Ale pomimo tego, już wtedy praca na platformie była niezwykle dochodowa. – Już po roku mogłem sobie kupić dom i samochód, co było wówczas niesłychane. Dziś platforma stała się elitarnym miejscem pracy i nie dostanie się tam byle kto. Jeśli Polacy myślą, że bez problemu, wykształcenia i umiejętności ktoś ich tam zatrudni, to są w grubym błędzie – mówi Jasza Szaszkiewicz.
Prawdą zaś jest to, że jak ktoś dostanie się na platformę wiertnicza, to zarobi naprawdę dobrze. – Spawacz zarabia dużo pieniędzy, elektryk tak samo. Wszystko, co robi się własnoręcznie jest bardzo dobrze opłacane. – mówi. I dodaje, że za darmo dostaje się mieszkanie i jedzeni. – No i ma się sześć miesięcy w roku wolne, za co też dostaje się pieniądze – wyjaśnia.

Więzienie z wyboru
Wszystko ma swoją cenę. Nie każdy jest w stanie przebywać przez wiele tygodni w tym samym miejscu, patrząc na tych samych ludzi. – To jest takie więzienie z wyboru. Za każdym razem gdy otworzysz drzwi spotykasz tych samych ludzi. Trzeba zwracać uwagę, aby nie wchodzić sobie w drogę – mówi. Za jego czasów w jednym pokoju mieszkało czterech mężczyzn. Teraz każdy ma oddzielny pokój, z łazienką i telewizorem. Kiedyś była tylko sala kinowa, na której puszczano filmy.

– Pracowało się na jednej platformie, a wieczorem helikopterami zabierano nas na inną. Ja mieszkałem na platformie Aleksander Sielan. Zresztą od tej platformy któregoś razu oderwała się noga i zginęło 140 osób. To było chyba w 1977 roku. Ja akurat miałem wolne i byłem w tym czasie w dyskotece na lądzie, co uratowało mi życie – wspomina mój rozmówca.

Jasza Szaszkiewicz cały czas zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa, ale nie to było dla niego wówczas najważniejsze. – Czuliśmy się pionierami. Niemal tak, jakbyśmy brali udział w programie typu kosmicznego – mówi. Wiele osób zastanawia się, czy poradziłoby sobie z uczuciem samotności i tęsknotą. Mój rozmówca nigdy nie odczuł tego na platformie. – Ja byłem prawdziwym emigrantem. Tęskniłem co najwyżej za spotkaniem jakiegoś Polaka. Ale życie jest interesujące, tak wiele się dookoła nas dzieje, że nie ma czasu na tęsknotę – mówi mój 66-letni dziś rozmówca.

Platformy dziś
Zdaniem Szaszkiewicza, praca sama w sobie nie jest bardzo ciężka, pomimo że pracuje się 12 godzin na dobę. Bywa jednak skomplikowana. W dużej mierze polega ona na doglądaniu platformy. – Jeśli pracuje się jako elektryk, to pilnuje się elektryki. Jeśli w produkcji, to pilnuje się zaworów – mówi Jasza.

Również na Morzu Północnym swoją karierę zawodową zaczynał dr inż. kpt. ż.w. Grzegorz Rutkowski z Akademii Morskiej w Gdyni. Niedługo sam będzie pracował na platformie, która jest "pływającym hotelem" obsługującym platformy wiertnicze. – Jest to bardzo odpowiedzialna praca. Pracuje się w systemie wachtowym, które w cyklu produkcyjnym trwają 12 godzin, a u niektórych operatorów 6 godzin. Platforma liczy od 120 do ponad 300 członków załogi – mówi.

Koszty podróży do domu i z powrotem do pracy są ponoszone przez pracodawców. Informacji o tym, jak wygląda praca na platformie wiertniczej można szukać również w serwisie YouTube.
Więcej zarabiają osoby, dla których platforma jest zajęciem stałym, a nie sposobem na szybkie zdobycie pieniędzy. W internecie można znaleźć ogłoszenia o stawkach rzędu od 150 do nawet 400 euro dziennie. Wiąże się to z wymaganymi kwalifikacjami oraz stopniem niebezpieczeństwa, jakie wynika z pracy na danym stanowisku. Jeśli chodzi o zarobki roczne, podaje się kwoty rzędu 150 tys. dolarów. O tym, kogo poszukują, można przeczytać choćby pod tym adresem.

Czy zatem praca na platformie wiertniczej jest warta uwagi? To na pewno i to nie tylko z uwagi na duże zarobki. To z pewnością również przygoda, która jest jednak zarezerwowana tylko tylko dla wytrwałych i zdeterminowanych kandydatów.
ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
PracaZarobki
Skomentuj