
Anonimowy doktorant opisał swoją historię w artykule zatytułowanym „Gangsterzy w gronostajach”. Pokazuje w nim, w jaki sposób uczelniana mafia wyłudza pieniądze podatników i tworzy sitwę sprowadzającą naukowców do roli klakierów profesorskich „elit”. Po powrocie ze stypendium usłyszał, że musi zapłacić haracz. Odmówił i uciekł z uczelni. Tak tracimy najlepszych młodych naukowców.
Haracz za stypendium Cala sprawa wydarzyła się w „dużym polskim mieście” na „czołowej krajowej uczelni”. Po powrocie z dwuletniego stypendium młody naukowiec miał nadzieję na przedłużenie umowy o pracę ze swoja alma mater, tak jak miał to obiecane przed wyjazdem. Jak podkreśla, mógł zostać na Zachodzie, ale chciał wrócić. Pomimo dużo skromniejszych apanaży.
Spotkał się ze swoim uczelnianym przełożonym i promotorem doktoratu. Profesor od razu zaczął wypytywać młodego wykładowcę o to, ile pieniędzy udało mu się zaoszczędzić w trakcie zagranicznego stypendium.
„Pieprzę to” Doktorant usłyszał, że powinien „zapłacić uczelni” za to, że ta „umożliwiła” mu wyjazd za granicę. Problem polega na tym, że stypendium było wypłacane z unijnych pieniędzy, a młody naukowiec sam intensywnie pracował nad swoją karierą – publikował w zagranicznych pismach naukowych punktowanych na liście filadelfijskiej, był zapraszany na odczyty w Polsce i innych krajach, poświęcał czas i prywatne pieniądze na badania.
Przez „zapłatę” przełożony doktoranta rozumiał rok pracy absolutnie darmo. „Normalne” zapłacenie haraczu nie byłoby możliwe z prawnego punktu widzenia, więc profesor wymyślił inny sposób. Młody naukowiec odmówił. Dostał zatem inną propozycję – miał zarabiać 840 zł miesięcznie za trzy zajęcia w tygodniu. Profesor zasugerował, że praca doktoranta będzie zorganizowana tak, że nie będzie miał szans znaleźć etat w innym miejscu.
Doktorant znalazł pracę w firmie doradczej. Dostanie 3 tys. pensji na pierwsze trzy miesiące, a potem podwyżkę i umowę na rok, jak się sprawdzi. Po 12 miesiącach umowa na czas nieokreślony i kolejna podwyżka. - Nie tego chciałem robić, ale nie mam wyjścia, na chleb trzeba zarobić – pisze naukowiec.
W ten właśnie sposób polska nauka traci młodych, ambitnych ludzi.
Źródło: „Nowa Konfederacja”
